niedziela, 20 listopada 2016

Czytanie bez barier!

Dość sporym wyzwaniem dla osób słabo widzących jest czytanie dużych ilości materiałów, potrzebnych do szkoły lub na uczelnię. Każdy usiłuje sobie radzić jak najlepiej, poprzez stosowanie powiększalników, bądź pomocy najbliższych osób, którzy służą za lektorów. Wrzucony w wir świata studenckiego, zacząłem poszukiwać lepszych metod przyswajania tekstów, nie wymagających przy tym szczególnej pomocy innych osób oraz używania resztek wzroku.


Moje odkrycia!

Audiobooki są znane każdemu, lecz nie zawsze można odnaleźć wersję czytaną każdej lektury- szczególnie naukowej. Ciekawym rozwiązaniem jest zastosowanie syntezatora mowy, który teraz jest dostępny w standardowym oprogramowaniu Windows 8, jako „Narrator”. W porównaniu do poprzednich wersji systemu operacyjnego, ta jest przystępna dla polskich użytkowników. Program ten nie czyta co prawda, jak profesjonalny lektor…. Nie oszukujmy się! Jest to monotonny głos kobiety, niepotrafiącej poprawnie czytać według interpunkcji, bo w przypadku Narratora, bardzo często syntezator robi przerywniki wraz z zakończeniem danego wersu. Jednak możliwość zmiany tempa odczytu, pozwala na zredukowanie czasu nauki. Są też specjalne odpłatne programy działające w ten sam sposób, lecz w o wiele bardziej poszerzonym wydaniu. Zmiana barwy głosy, bądź języka lektora, to tylko niektóre z opcji.
       
   Jak poradzić sobie z tekstem na zdjęciach?

   W przeciwieństwie do plików PDF, czy w wersji Word, syntezator mowy nie potrafi samodzielnie wykrywać tekstu znajdującego się na zdjęciach, a to przecież często na nich znajduje się treść prezentacji z wykładów, czy fotokopia artykułu nadesłanego przez wykładowcę. Na szczęście są programy wykrywające tekst znajdujące się na zdjęciu i potrafiące oddzielić go tak, aby użytkownik mógł np. przekopiować treść do pliku Word. Muszę przyznać, że sam od niedawna uczę się korzystania z takiego programu, ale na tą chwilę mogę Wam polecić Adobe Acrobat Pro DC. Działa on w wersji polskiej i jest całkowicie intuicyjny. Bezpłatnie możecie wypróbować go przez 7 dni.

   Z papieru na czytnik, a nawet do ucha!

   Ostatnie rozwiązanie, które Wam podaje, jest dla mnie najbardziej rewolucyjnym odkryciem! Okazuje się, że niektóre czytelnie naukowe oraz biblioteki oferują osobom z problemami wzroku możliwość przygotowania dla nich fragmentu danej lektury w wersji elektronicznej. Polega to na tym, że wypożyczacie książkę i zanosicie ją do konkretnej osoby z informacją, które rozdziały będą Wam potrzebne. Osoba ta skanuje odpowiednie strony, przerzuca treść do pliku edytowanego, bądź od razu formatuje ją do wersji audio przy pomocy syntezatora mowy. Finalnie otrzymujecie plik do samodzielnego odczytu, jak również mp3. Czy to nie cudowne?

   Zachęcam was bardzo gorąco do podzielenia się ze mną Waszymi doświadczeniami w temacie radzenia sobie z czytaniem dużej ilości tekstu.

   Do następnego!

        

środa, 9 listopada 2016

Szkoleni do życia, szkolącymi świat!

Człowiek niepełnosprawny wzrokowo chodząc do szkoły dla dzieci słabo widzących uczy się: w jaki sposób funkcjonować z własnymi dysfunkcjami, jak poradzić sobie w naturalnym środowisku, jakie sprzęty mogą mu pomóc w codziennym życiu i jak informować innych ludzi o swojej chorobie, w taki sposób, aby móc później bez problemu nawiązywać z nimi relacje, a także współpracę.  Uczy się, by nauczać innych.

Nieco patetycznie?

Jednak w ostatnim miesiącu zrozumiałem, jak niełatwym, a zarazem istotnym jest to zadanie. To trochę, jak szkolenie na coacha. Aby móc pomagać innym, trzeba najpierw samemu przejść przez serię treningów personalnych. Tu jednak występuje zasadnicza różnica. Krecik ucząc innych, pomaga samemu sobie. To od niego całkowicie zależy, jak świat będzie go postrzegał.

Nie raz pisałem o ciągłej potrzebie przełamywania tabu. Wynika ono z braku wiedzy. Nie jesteśmy w szkole uczeni języka migowego, tego jak pomagać niewidomym, wprowadzać ich do autobusu itp.

Efekty są np. takie:

Będąc w szóstej klasie szkoły podstawowej nie miałem jeszcze styczności z placówkami dla dzieci niepełnosprawnych. Chodziłem do zwyczajnej szkoły. Od roku wiedziałem o moich problemach ze wzrokiem i uczęszczałem na zajęcia ogólnorozwojowe dla słabszych uczniów. Pewnego razu pani prowadząca te zajęcia, powiedziała, że jeżeli nie przyniosę ze sobą okularów, to mi je narysuje na twarzy. Tekst został rzucony pół żartem, pół serio. Kobieta nie rozumiała, że mojej chorobie nie pomoże para szkieł ograniczająca, co najwyżej, pole widzenia.

Powyższa sytuacja jest jedną z wielu, kiedy to nauczyciele, czyli osoby przygotowane pedagogiczne do pracy z dziećmi, wykazują brak zrozumienia. Uważam, że jest to m.in. przyczyną zaburzeń społecznych u osób niepełnosprawnych. Są one odrzucane przez swoją inność, nie mając szans na jakiekolwiek wsparcie ze strony dorosłych. To właśnie dla takich ludzi są stworzone tzw. ośrodki specjalne, czyli szkoły wyspecjalizowane w pracy z różnymi dysfunkcjami. Mogłoby się zdawać, że doskonalszym rozwiązaniem od takich szkół byłoby lepsze przystosowanie placówek masowych, lecz w praktyce wymagałoby to ogromnych nakładów finansowych ze strony państwa - dokształcenie kadry nauczycielskiej, zakup sprzętów specjalistycznych, zmiany infrastrukturalne. To zbyt duże wyzwanie dla Polski w erze nieustannych nowych reform nauczania.

Zejdźmy na ziemię! Sytuacja do ogarnięcia!

Po sześciu latach spędzonych w ośrodku dla dzieci słabo widzących, potrafię powiedzieć drugiemu człowiekowi, że nie widzę, z czego to wynika i sorry, ale nie będę nosił zerówek dla poprawienia jego nastroju.

Sprawdzian tych umiejętności miałem niedawno w czasie jednego z wkładów. Prowadząca, uznana za jedną z mniej przyjemnych osób, zapytała się mnie dlaczego korzystam z monookulara, a raczej co robię, bo nie miała pojęcia czego używam. Szybko wyjaśniłem co i jak, i mogliśmy kontynuować zajęcia. Niby nic, ale pomyślałem sobie wtedy, że parę lat wcześniej taka sytuacja wywołałaby u mnie większy stres, niż puszczenie bąka w kościele.

Pomagać, wyręczać, szkodzić!

Nie mogę powiedzieć, że ludzie nie są pomocni. Szczególnie młodsze pokolenia, widząc białą laskę, czy po prostu osobę słabszą, wykazują się sporą empatią. To cudowne, że w przeciągu ostatnich lat, w skutek licznych projektów społeczno- edukacyjnych, czy napływu filmów o inwalidach, zaczynamy otwierać oczy na to, co nieoczywiste. Jednak wciąż pozostaje kwestia tego, jak pomagamy. Często instynktownie, z przekonaniem, że robimy to dobrze.     
Ludzie na uczelni poznając mnie coraz bliżej i czytając w międzyczasie mojego bloga, zaczynają rozumieć moje problemy i są osoby, które naprawdę starają mi się pomóc. Czasem wręcz boję się, aby nie zaszkodzili tym samym sobie. Myślę tu o sytuacjach, kiedy w czasie zajęć zapisuję notatki na laptopie, a inni dostrzegają literówki i rzucają mi hasło, abym je poprawił. W mniejszych salach takie podpowiedzi są całkiem słyszalne przez prowadzącego, a jak każdy wie, ani nauczyciele, ani profesorowie nie lubią, kiedy przeszkadza im się na wykładach. Nie spotkałem się jeszcze z jakąkolwiek uwagą skierowaną do mnie, ale zawsze jest to napięcie, że może nadejść pierwszy raz.
Regularnie obserwuję życie studenckie moich znajomych ze środowiska blind i wiem, ze czasem ludzie mają silną potrzebę zrobić coś za nich. Widząc, że krecik szura nosem po ekranie, wolą mu ulżyć i przejąć stery nad klawiaturą. Nie wiedzą, że to właśnie wtedy dany osobnik wszystko widzi i doskonale sobie razi. Właśnie dlatego szalenie ważnym jest, abyśmy my, ślepaczki, tłumaczyli innym naszą instrukcję obsługi. Wymaga to wprawy i czasem nie lada dyplomacji, bo są i tacy co pomyślą, że jesteśmy niewdzięcznikami, krytykującymi ich jeszcze za dobre serce.

To by było na tyle w temacie! Dziękuję Wam, że poświęciliście swój czas temu wpisowi i będę wdzięczny za wszelkie komentarze z Waszej strony. To one inspirują mnie do dalszej pracy oraz uczą, jak prowadzić tego bloga lepiej. Nowych czytelników zachęcam do przejrzenia poprzednich wpisów w celu dowiedzenia się: czym jest szkoła specjalna, kiedy rodzic może zrobić z dziecka kalekę, czym jest moja choroba i od czego się to wszystko zaczęło ;)


Do następnego! 

poniedziałek, 17 października 2016

STUDIA- masochistyczna pogoń za marzeniami wciąż trwa! 1:0 dla Stargardta!

NINIEJSZY WPIS NIE MA NA CELU BEZSENSOWNEGO NARZEKANIA NA ŻYCIE, BO TO NIGDY NIE PRZYNOSI ZMIAN NA LEPSZE

   Nie da się ukryć, że w ostatnim czasie nieco zaniedbałem prowadzenie bloga. Informowałem Was o moich wrześniowych wyjazdach, a potem zaczęły się studia… No właśnie!

   Pora wziąć temat studiów na tapetę!

   Wczoraj rozpoczął się trzeci tydzień roku akademickiego. Jestem na filologii włoskiej, co mnie bardzo cieszy, ponieważ kierunek ten był moim planem B- zaraz po szkole filmowej. Nie przypuszczałem jednak, że będzie to dla mnie ISTNA JAZDA BEZ TRZYMANKI!

   Wiele słyszałem o kierunkach lingwistycznych, ale żadna z tych pesymistycznych historii mnie nie zniechęciła. W końcu to WŁOCHY! Ta kultura… raj dla kogoś, kto zapiera się wszystkimi kończynami, by studiować coś humanistycznego! Nie dość, ze finalnie mogę zrobić sobie np. specjalizację z Zarządzania Kulturą, to po trzech latach będę znał kolejny język! I to nie byle jaki, a WŁOSKI!  Tak więc HELLO! A raczej CIAO!

   Teraz widzę, że w przeciwieństwie do wielu moich znajomych, którzy są na kierunkach społecznych, czy pedagogicznych, muszę naprawdę mocno zasuwać każdego dnia. Nie jest to złe, bo w końcu gdyby było tak łatwo, to mogłoby być zbyt nudno. Jednak tym razem nie zamierzam opisywać życia w pięknych kolorach, bo po wczorajszym dniu doszedłem do wniosku, że powinienem być szczery z moimi Czytelnikami i napisać także o chwilach trudniejszych, a takie właśnie przeżywam…

   Krecik na UKSWordzie!

   Ruszyłem na uczelnię z myślą, że jestem gotów na wszystko. Posiadam przenośny powiększalnik, którego używam do czytania najdrobniejszych tekstów, monookular, służący do oglądania mniejszych elementów z większej odległości (przydatne w teatrze) oraz podręczną lupę i dyktafon, którym za zgodą uczelni nagrywam wykłady. Nie mam oporów by mówić o mojej chorobie, kiedy jest taka konieczność, więc zdawałoby się, ze jestem przygotowany na dziką wyprawę po Licencjat.

   Intensywność zdobywanej wiedzy i metody przekazywania jej zaczęły mnie niestety przerastać. Wynika to głównie z przystosowania do nowej sytuacji. Każdy z moich uczelnianych kolegów musi ogarnąć system nauczania przez profesorów, wykładających  np. język włoski w trzech modułach, gdzie każdy porusza nieco inne zagadnienia i z początku trudno zebrać je wszystkie do kupy. Zajęcia wymagają obserwowania materiałów pokazywanych na rzutniku, korzystania z tego co mamy na kartach pracy oaz z własnych notatek. Nic ponad przeciętną!

   Zabawa się jednak zaczyna, kiedy musicie przełączać się z trybu monookular, na powiększalnik tak szybko, by nadążyć za grupą, która i tak nie zasuwa w piorunującym tempie. 
  
    To, co mnie osobiście zdołowało, to moment, w którym wykładowca prosi mnie abym  podał odpowiedź do danego zdania, lub żebym ułożył z koleżanką dialog składający się z nowopoznanych słówek, bo co w tym momencie następuje…

   Pięciosekundowe oczekiwanie na uruchomienie się sprzętu. W teorii można by rzec- spoko, to oni powinni przyzwyczaić się do tego, że pracujesz w nieco wolniejszym tempie.

Dla mnie jednak po którymś razie staje się to niezwykle żenujące i czuję się jak niedorajda.

   Wyróżniam to zdanie, bo chcę podkreślić, ze nie żyję w przekonaniu, że tak jest, tylko mówię o odczuciu które w takiej sytuacji mi towarzyszy. Świadomość zależności od elektroniki, która w każdym momencie może się rozładować, a nie zawsze w pobliżu jest źródło prądu, przyprawia o wk*rwienie.

   Wracając dzisiaj z uczelni czułem się, jakby mnie ktoś wielokrotnie przemielił. Pomyślałem, że to jest ten kolejny etap w życiu, kiedy muszę się nauczyć nowych metod radzenia sobie z własną dysfunkcją i za jakiś czas będę przez to silniejszy i podzielę się z Wami kolejną dawką życiowej wiedzy pt. „Jak sobie radzić, będąc krecikiem?”. Już teraz rozpracowuje mojego laptopa, aby móc pisać na nim bezwzrokowo w czasie wykładów i testuję program Narrator, który jest zawarty w systemie operacyjnym Windows 8. Z pewnością sobie poradzą, ale poczułem, że ważne jest, abyście mogli przeczytać również o tego typu doświadczeniach.

   Wiem, że moi znajomi ze środowiska „blind” stawiają czoła podobnym wyzwaniom, bo też zaczęli edukację w nowych środowiskach. Rozmawiając z nimi, cieszę się, że chociaż ja nie mam problemu z nawiązywaniem znajomości.

    O wyzwaniach związanych ze studiowaniem będę pisał przez najbliższe tygodnie. Skupię się na wielu aspektach, które z pozoru wydają się być błahe, ale czasem stają się dla słabowidzących życiowymi demonami…

Czekam na Wasze opinie w tym temacie ;)

Do następnego!




wtorek, 11 października 2016

Krecik na czerwonym dywanie!

   Już ponad dwa tygodnie temu zakończył się 41. Festiwal Filmowy w Gdyni!

   Czemu o tym piszę?

   Bo byłem na nim, jako wolontariusz!

   Od chwili gdy zostałem przydzielony do grupy nazwanej „Goście krajowi” sądziłem, że moim zadaniem będzie opieka nad jakimś sławnym reżyserem. Wożenie go po obiektach festiwalowych, rezerwowanie miejsc na seanse, zabawianie… a okazało się, ze będę stał na bramce w Multikinie i sprawdzał wejściówki na projekcje, czyli wymarzone fucha dla słabo widzącego ;)

   Wyzwanie to wydawało się dla mnie czymś absurdalnym, bo nasi goście posługiwali się karnetami na których nie potrafiłem dostrzec oznaczenia VIP, a miałem również za zadanie identyfikować właścicieli wejściówek na podstawie zdjęcia twarzy, które się pojawiało na ekranie komputera. Zdjęcia najczęściej okazywały się profilowymi z Facebooka. Na szczęście w praktyce było o wiele lepiej, bo spotkałem na swojej drodze multum innych wolontariuszy, którzy mniej lub bardziej rozumieli mój problem ze wzrokiem i pomagali mi w sytuacjach kryzysowych.

   Rozpoznawanie gwiazd!

   Możecie się domyśleć, że w tej kwestii miałem nie lada ubaw, a moi znajomi jeszcze większą bekę! W czasie festiwalu przewinęło się mnóstwo osobistości ze świata polskiego show biznesu, których identyfikatory miałem przyjemność "odpikać". Zwykle takie gwiazdy rozpoznawałem po lepszym ubiorze, bądź nienaturalnym zachowaniu moich kolegów. Skryty orgazm na twarzy lub wrażenie, że ktoś ujrzał wcielenie boskie, dawało mi sygnał, że właśnie przede mną stoi ktoś ważny.

   Uraziłem Magdalenę Cielecką!

   Niestety, ale nie zawsze potrafię odczytać kontekst sytuacji z twarzy moich znajomych i tak też było w czasie seansu filmu „Szczęście świata”. Przed rozpoczęciem filmu zapytałem moich koleżanek „kim jest ta Cielecka?”, na co jedna z nich odpowiedziała; „Magdalena Cielecka zagrała w „Zjednoczonych stanach miłości””. Nie oglądając wcześniej tego filmu, wciąż nie kojarzyłem tej osoby, a więc pytałem dalej. W końcu jedna z dziewczyn poinformowała mnie, iż ta Pani zagrała również w serialu „Hotel 52”, na co ja odrzekłem coś w stylu „E tam! Nie jest chyba aż tak powalająca, skoro jej nie kojarzę!”. Dodatkowo w czasie seansu prosiłem dziewczyny, aby mi czytały napisy w scenach obcojęzycznych. Zauważyłem, ze były one dziwnie spięte. W pewnym momencie kobieta siedząca za mną, wyszła z sali kinowej. Okazało się, że to była Magdalena Cielecka!

   Krecik na salonach!

   Udało mi się również wbić na bankiet otwierający festiwal, podając się za osobistego tłumacza dziennikarki z Niemiec, którą była moja koleżanka (z pochodzenia Niemka). Nieco absurdalnym było , iż rozmawialiśmy tylko po angielsku, który, jak sądzę, znała większość gości przybywającyvh na bankiecie. Nie byliśmy jednymi wolontariuszami, którzy wkręcili się na ten event, ale i  tak czuliśmy się wyróżnieni. Nie chodziło tu o darmowe żarcie i drinki, lecz o możliwość obcowania z ludźmi sukcesu, porozmawiania z nimi i poobserwowania jak się zachowują poza kamerami.Po tym festiwalu mam o wiele głębszą świadomość tego, jak zwykli są to luzie.

   Prawdziwe emocje

   Któregoś dnia dyżurowałem w kinie przy sali, w której miał miejsce pokaz filmu „Wrzeciono czasu” zmarłego reżysera Andrzeja Kondraciuka. Przybyły na niego Katarzyna Figura oraz żona twórcy Iga Cembrzyńska. To był dla mnie wyjątkowy seans, bo Pani Figura jest jedną z niewielu aktorek, które robią na mnie jakiekolwiek wrażenie. Mogłem też oglądać ten film, bo w trakcie jego trwania miałem doprowadzić spóźnioną Katarzynę Figurę na swoje vipowskie krzesło. W trakcie seansu wielu ludzi wyszło i na spotkaniu z aktorkami były zaledwie cztery osoby, w tym znajomi zmarłego reżysera. Zrobiło się bardzo sentymentalnie i niezwykle prywatnie. Aktorki pod wpływem sinych emocji wspominały reżysera i cieszyły się jednocześnie, że po tylu latach mogły się nareszcie spotkać. To było dla mnie coś niepowtarzalnego. Uczestniczyć w tak intymnym zdarzeniu, jakim stał się specjalny pokaz filmu.
  
    Pomagałem także w przeprowadzeniu gali rozdania nagród. Razem z chłopakami wprowadzałem i wyprowadzałem na scenę podesty z instrumentami dla muzyków. Widziałem każdego wręczającego nagrody z bliska, jak również nieżyjącego już Pana Andrzeja Wajdę. Dopiero teraz czuję wyjątkowość możliwości uczestniczenia w tej gali... 

   Obejrzałem wiele produkcji, ale nie chcę się rozpisywać na temat żadnej z nich, bo czuję, ze nie jestem do tego wystarczająco kompetentny. Mogę Was jedynie zapewnić, że na polskim rynku filmowym zamieszanie zrobią takie tytuły jak „Jestem mordercą”, „Zaćma”, „Królewicz Olch” czy najbardziej kontrowersyjny „Plac zabaw”.

   Gorąco polecam każdemu maniakowi kina wolontariat na takich wydarzeniach, bo można przeżyć naprawdę fajną przygodę, nauczyć się wielu ciekawych rzeczy, rozwinąć swoją wiedzę na temat filmu, przełamać pewne tabu i stereotypowe myślenie. Warto, nawet jeśli nie zobaczycie twarzy Pani Cieleckiej ;)

   Czekam na Wasze pytania i korzystając z okazji, dziękuję za ostatnią gorącą dyskusję pod wpisem dotyczącym aborcji. Tworząc go, nie miałem świadomości nadchodzącego Czernego Protestu. Wasz odzew na niego poszerzył horyzonty mojego myślenia na wielu płaszczyznach… Poczułem to, czego mogę życzyć każdemu blogerowi, czy dziennikarzowi- uczucie sensu tworzenia tych treści i siłę oddziaływania nimi na świat J

   Do następnego wpisu!






  

niedziela, 11 września 2016

Spięte pośladki, luźne ramionka i osiągamy cel!

   Witam Was w Nowym Roku Szkolnym!

   Nie brzmi entuzjastycznie?

   Z pewnością nie dla każdego 1 września oznacza coś miłego, ale nie skupiajmy się na nadchodzących sprawdzianach z matematyki i codziennym wstawaniu o szóstej aby zdążyć na ósmą do szkoły.

   Nowy Rok Szkolny to przede wszystkim powrót do znajomych i mnóstwo postanowień dotyczących zmian w życiu np. nauczę się grać na gitarze, spalę zbędny tłuszcz, albo wrobię sobie sześciopak, zdobędę świadectwo z czerwonym paskiem lub zostanę mistrzem w krojeniu cebuli na czas…. Tak też może być ;)

   Chcieć chcieć!

   Pewnie wielu z Was złapało się nieraz na tym, że po mniej więcej miesiącu plany związane z udoskonaleniem swojego „JA” umierają śmiercią naturalną. Okazuje się, że zbyt wiele chcemy osiągnąć i nie wiemy za co się najpierw złapać, lub po prostu tracimy motywację by osiągnąć dany cel.

   I co z tym fantem zrobić?

   Na szczęście są ludzie, którzy poświęcili wiele lat pracy nad udoskonalaniem swojego charakteru tak, aby osiągać zamierzone cele i cieszyć się późniejszymi sukcesami i jeszcze byli na tyle sprytni, żeby tą wiedzę spisać i wydać w formie książki, trzepiąc na tym jeszcze większy hajs. Takimi osobami są min. Brian Tracy i Sebastian Kotow, którzy wspólnie stworzyli książkę pt. „Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę”. Tytuł z początku może nie brzmieć przekonująco- zbyt idealistycznie - ale po lekturze tej książki przekonałem się, że jest skarbnicą praktycznych wskazówek „jak żyć?”.




    Kilka mądrych myśli, którymi chciałbym się z Wami podzielić…

   - Przede wszystkim ważną kwestią jest, abyśmy wybierali skonkretyzowane realne cele do osiągnięcia w konkretnym czasie. Częstym błędem jest nie określanie np. ile chcę zrzucić kilogramów nadwagi, jak również nie ustalenie do kiedy mam to zrobić..

   - Powinniśmy wiedzieć, po co chcemy osiągnąć dany cel, aby podtrzymywać motywację do jego osiągnięcia. Bardzo przydatną ku temu jest metoda SMART, o której możecie więcej poczytać pod tym linkiem.

   - Nie raz aby zrealizować dane postanowienie, musimy wykonać wiele działań np. przyswoić dużo wiedzy, by móc zdać maturę. Warto rozplanować w jakim czasie nauczymy się określonej partii materiału, aby nie robić tego na ostatnia chwilę, chaotycznie i ze słabszym efektem końcowym.

   - To, co mi dotychczas najbardziej pomogło, to planowanie dnia. Nie chodzi tu oto, żebyśmy żyli sztywno w jakiś ramach czasowych, jak pedantyczny księgowy, bo człowiek spontaniczny, to człowiek zaradny. Jednak warto mieć zapisane na kartce co chcę zrealizować w przeciągu najbliższych kilkunastu godzin, aby później  nie stresować się tym, że czegoś zapomnieliśmy, albo co powinniśmy zrealizować jako pierwsze. Odciągamy od siebie niepotrzebną dawkę stresu i wzmacniamy swoje dobre samopoczucie za każdym razem, kiedy widzimy ile rzeczy udało nam się dotychczas zrealizować.

   Jak to się ma do tematyki słabo widzących?

   Po sześciu latach edukowania się w szkole dla osób słabo widzących, wiem, że problemy ze wzrokiem wcale nie motywują do działania. Każda próba nauczenia się czegoś, wejścia w nowe środowisko, pracy nad sobą, bardzo często wymaga o wiele większego wysiłku – nie tylko fizycznego. Osoby słabo widzące aby móc coś osiągnąć w życiu, muszą być zdyscyplinowane, bo np. krecik nie zaprezentuje Ci płynnie prezentacji PowerPoint bez wcześniejszego przygotowania, czytając jedynie z kartki, bo będzie to wyglądało komicznie i całkowicie nieprofesjonalnie. Osoba z dysfunkcjami wzroku powinna przed każdą podróżą sprawdzić dojście do każdego nowego przystanku i sprawdzić rozkład jazdy każdej formy komunikacji, aby później nie wylądować na totalnym zadupiu. Oczywiście, ktoś mógłby w tym momencie zaprzeczyć, ze można się spytać jakiegoś przechodnia lub skorzystać z aplikacji podróżniczych. Sam niedawno przekonałem się, że to wcale nie musi działać, bo przykładowo prywatne firmy przewozowe dojeżdżające do mało popularnych zakątków Polski podają w Internecie zupełnie inny rozkład jazdy, niż znajduje się na samym przystanku.

   Nie da się ukryć, ze świat wymaga o wiele więcej od osób niepełnosprawnych, które nie chcą się opierać całe życie na zasiłku i rencie, ale często ich praca jest im wynagrodzona. Osoby, które nie mają przykładowo problemów ze wzrokiem, mogą sobie pozwolić na mniejszą dyscyplinę i bardzo długo wychodzą na tym dobrze, lecz zdarzają się momenty, że taki krecik wybija się z tłumu swoim wcześniejszym przygotowaniem na każdą okoliczność ;)

   Chętnie dowiem się co Wy sądzicie na ten temat? Czekam na Wasze komentarze i wiadomości.


   Do następnego! ;) 

czwartek, 4 sierpnia 2016

Czego oczy nie widzą... na to wyjebongo!

  

 "Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal"

   Przysłowie stare jak świat i prawdziwe do bólu.  Jednak w kwestii osób słabo widzących, ta myśl nabiera jeszcze większej, całkiem pozytywnej wartości…

   Ach! Bo mnie zobaczą!

   Każdy człowiek ubierając się, stylizując, gestykulując, rozmawiając z innymi, żyje w poczuciu, że ktoś go obserwuje. Nasze zachowania są dostosowane do norm społecznych i jak stwierdził sam Freud, człowiek posiada w drugim człowieku swojego osobistego krytyka, recenzenta. Poprzez to jak inni nas postrzegają, kreujemy własną opinię na temat siebie samych i staramy się ukształtować naszą osobę tak, aby była akceptowana przez innych. Dlatego też, zazwyczaj jesteśmy bardzo uwrażliwieni na spojrzenia obcych ludzi w autobusie, bo mogę one oznaczać podziw, ale również mentalne wyśmianie  i bardzo często nie da się tego jednoznacznie określić.

   W tym momencie przed moczami pojawia mi się typowa scena z filmu o zakompleksionej nastolatce, która idzie przez szkolną stołówkę ze swoim jedzeniem, a najładniejsze laski w szkole jeżdżą po niej wzrokiem, niczym kombajnem po polu kapusty.

   Będąc krecikiem tego nie widzisz!

   Oczywiście dla niektórych jest to całkiem poważny problem, bo wydaje im się, ze każdy na nich spogląda, ale dosyć łatwo jest się do tego zdystansować...  inaczej dany delikwent może nabawić się poważnych zaburzeń psychicznych.

   To tak, jakby ktoś Wam odjął z życia część toksyn, zatruwających bezsensownie Wasze dobre samopoczucie.   

   W przypadku osób niewidomych od urodzenia, ta kwestia jest rzeczywistym problemem, bo całkowity brak świadomości tego, że ktoś widzi jak dłubiemy w nosie i niekoniecznie wzbudzamy u niego tym zachowaniem apetyt, może być odpychający. Na szczęście ośrodki dla takich osób, uczą od najmłodszych lat prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie.

   A co z miłością od pierwszego wejrzenia?

   To dopiero jazda bez trzymanki! Bo co zrobić, kiedy podróżujecie np. pociągiem i czujecie, ze dziewczyna z naprzeciwka patrzy się na Was w ten znaczący sposób i czujecie, że i ona Wam się podoba. Z moim zaburzonym centralnym widzeniem, to spalona okazja na subtelny flirt bez słów. Z drugiej strony, poco zwlekać?! Od razu lepiej zacząć rozmowę, ale nie oszukujmy się… kto normalny by tak postępował za każdym razem, kiedy ktoś mu się spodoba? Ludzie są stworzeni do tego, by prowadzić niezobowiązujące gry wzrokowo- flirciarskie w drodze do pracy, na uczelnię, czy na obiad z dziadkami.

   Osobie słabo widzącej nie można też subtelnie dać do zrozumienia, by coś zrobiła, lub czegoś nie zrobiła mrugnięciem oka, czy skinięciem palca. Nie raz moi „pełnosprawni” znajomi przejechali się na tym, kiedy próbowali coś mi przekazać gestami, a ja spoglądałem się w nich, rozkminiając o co im chodzi?

   Wolni od bodźców! Wolni od reklam!

   I na samym końcu to, co wydaje mi się największym plusem w niedostrzeganiu wszystkiego. Na co dzień przebijając się przez zatłoczone miasto, typu Warszawa, jesteśmy atakowani przez multum reklam i komunikatów na ulicach, w metrze, autobusie, czy w tramwaju. Niektóre z nich są pożyteczne, ale większość jedynie zaśmieca naszą pamięć, odciąga uwagę od spraw ważniejszych i robi sito z mózgu, w przypadku treści propagandowych.

   Rozmawiając niedawno z pewną nauczycielką z mojej byłej szkoły, uświadomiłem sobie, ze osoby niewidome są w pewien sposób zdrowsze, bo nie są w takim stopniu jak pozostali napastowane np. treściami pornograficznymi, których niemało chociażby na bilbordach. Oczywiście niektórzy z tego powodu społecznie dojrzewają wolniej od pozostałych, ale patrząc na to bardziej z boku, można się zastanowić, czy to młodzi niewidomi są zacofani, czy społeczeństwo zbyt szybko dojrzewa, niż jeszcze dekadę temu… Wydaje mi się, ze są to po prostu dwie skrajności.

   Kończąc ten wpis czuję, że zaprzeczyłem swoim intencjom, bo praktycznie przedstawiłem więcej minusów związanych z byciem osobą niedostrzegającą wszystkiego, niż plusów,  ale wciąż sądzę, że te pozytywy o których wspomniałem, są naprawdę warte uwagi, bo trudno mówić, że utracenie jakiegokolwiek zmysłu może mieć swoje mocne strony, ale jest ich kilka i to one sprawiają, że czujemy, iż osoby niepełnosprawne są nieco bardziej uwrażliwione.


   Czekam na Wasze opinie w tym temacie i do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie, bo aktualnie szykuję się na pewien wyjazd i w trakcie jego trwania nie będę mógł zbyt wiele napisać ;)

środa, 27 lipca 2016

Hej Mała! Mogę cię wybrille'ować?

   Wiele osób z dysfunkcjami wzroku wstydzi się do nich przyznać przed nowo-poznanymi znajomymi ze zdrowego środowiska. Jednak nie zawsze można tego uniknąć. Jak to wygląda w praktyce i jak przekształcić nasz problem w atut?

   Wzbudzanie współczucia niczym wygłodzony piesek z Animal Planet!

   Nie ukrywajmy. Bardzo często kiedy dowiadujemy się, że ktoś jest w jakimś stopniu niepełnosprawny, to budzi się w nas istna empatia. Wiele razy spotkałem się z próbą pocieszenia mojej osoby słowami:

   - Nie martw się! Ja też mam dużą wadę wzroku i widzę podobnie jak ty!
Gówno prawda, ale kto by chciał się licytować, kto ma większe problemy ze zdrowiem. Szkoda wysiłku i nie oto tu przecież chodzi ;)

   Duże znaczenie ma podejście osoby niepełnosprawnej do tematu swojej dysfunkcji.

   Przykładowo, ja staram się nigdy nie mówić o swoich problemach ze wzrokiem na samym początku znajomości, jeżeli sytuacja tego nie wymaga. Nie da się tego uniknąć, kiedy z kimś współpracujemy, albo wymagamy od kogoś pomoc. Lepiej postawić kawę na ławę, niż wprowadzać naszego znajomego w konsternacje, lub poczucie przebywania z idiotą. Niestety, ale często tym skutkuje nasz brak chęci do ujawnienia się.

   Fajnie, jeżeli temat problemu z wzrokiem wyjdzie w czasie luźnej rozmowy. Przykład z życia:

   - Kiedy zamierzasz zrobić sobie prawko?

   - Wiesz co, raczej nie będę mógł, bo mam problemy ze wzrokiem i lekarz mi raczej nie pozwoli.

   Najpewniej wasz rozmówca zacznie wypytywać o szczegóły, ale im bardziej będziecie o tym mówili, jak o czymś normalnym, tym lepiej on to przetrawi. Tak naprawdę dla medycznego laika każdą chorobę można zaprezentować, jako śmiertelną lub znieść ją do rangi przeziębienia ;)

   Co jeśli powiem o swoim problemie na początku znajomości?

    Podkreślisz, że naprawdę masz problem. Taki znajomy może się najzwyczajniej w świecie przestraszyć i każde twoje następne działanie oceniać będzie przez pryzmat niepełnosprawności. Znam co najmniej dwie osoby, które uwielbiają opowiadać o swojej historii zdrowotnej, co przypomina monodramy z poczekalni NFZ wystawiane przez moherowe berety. Mój kolega nie raz zraził tym do siebie nowo-poznaną laskę, która ewidentnie wpadła mu w oko. Był on przekonany, że jego problemy są tak widoczne, że lepiej jak będzie o nich mówił na samym wstępie

   Poczucie humoru – cenniejsze, niż złoto!

   Genialną sprawą jest, jeśli potraficie żartować ze swoich problemów. Okazywać tym samym dystans do samych siebie. Ludzie bardzo to sobie cenią, bo dajecie im poczucie komfortu przebywania w waszym towarzystwie. Nie boją się wtedy zapytać o coś co potencjalnie mogło by nas urazić. Pamiętajcie jednak, że nic na siłę. Póki sami nie wyluzujecie wobec własnych problemów, inni po dłuższym, bądź krótszym czasie dostrzegą to.

   Kiedy Wasza dysfunkcja może Wam pomóc? (INFO DLA PANÓW)

   Pisząc to pewnie wyjdę na lowelasa, ale uwierzcie mi, że robię to jedynie dla potrzeb społeczno- edukacyjnych ;) Drodzy Panowie! Problemy ze wzrokiem, to idealny pretekst, żeby zbliżyć się do dziewczyny! Może niekoniecznie tekstem

   – Mogę Cię wybrille’ować, bo chciałbym wiedzieć jak wyglądasz? – choć nie twierdzę, że to się nie uda.

   Fajnie, jeżeli dziewczyna dowie się, że jest w niej coś co sprawia, że to właśnie ją widzicie lepiej, od innych ;) Czasem tak może być naprawdę… ;)

   Jestem ciekaw Waszej opinii na ten temat. Zachęcam Was do wypowiadania się w 
komentarzach oraz do pisania do mnie mailii ze wszelkimi pytaniami lub propozycjami tematów, o których chcielibyście tutaj poczytać ;)

   Do następnego!