środa, 15 sierpnia 2018

Buon Ferragosto!

Piszę po raz pierwszy od dawna używając jedynie telefonu, w oczekiwaniu na wolną łazienkę. Przede mną rozpościera się się korytarz łudząco podobny do szpitalnego. Zielonkawo- szara podłoga, białe plastikowe ściany i sufit spod którego widać szerokie jażeniowe lampy. Kilka pojedyńczych, plastikowych, niebieskich krzeseł i szerokie, do połowy przeszklone drzwi, które co prawda nie prowadzą do sal pełnych pacjentów, lecz do pralni, pryszniców, toalet, czy też pokoju dziennego. Dookoła na tle szarości wyróżniają się papierowe dekoracje.

W tym momencie przechodzi koło mnie pokaźnej postury elegancko ubrana Włoszka. Pani w średnim wieku, krótko obcięta, w makijażu, który zdecydowanie jest odświętny. - Buon Ferragosto! - wołam z uśmiechem, na co kobieta odpowiada tymi samymi słowami dodając: - Baci!
Podchodzi i wymieniamy się dwoma całusami w policzki. To jej dom, jeśli tak można nazwać kontener, w którym zgromadzono ok. 40 osób. W całym kompleksie mieszka ponad 60 mieszkańców Norci oraz wolontariusze z programu EVS. Wszystko za przyczyną trzęsienia ziemi, które w niewielkiej miejscowości w regionie Umbria, położonym w centralnej części Włoch, dorobek wielu obrócił w pył i gruz. Miejsce znane z bazyliki św. Benedykta i najlepszej dziczyzny.

                                         
Marina, bowiem tak ma na imię Włoszka, z którą wymieniłem się buziakami, przeżyła w swoim życiu 3 tego typu kataklizmy. I z pewnością może uchodzić za lokalną bohaterkę. To ona od samego początku istnienia tymczasowych domów łagodziła konflikty między rodzinami. Dzień wcześniej opowiedziała nam o tym, opisując trzęsienie z 2016 r i to co się wydarzyło po nim.



Przyjechałem tu, by przez 8 miesięcy pracować, jako wolontariusz dla stowarzyszenia KORA. Głównym moim zadaniem ma być relacjonowanie działań i dokumentowanie ich w formie video. Jestem w trakcie szkolenia z montażu i operatorki. Wiele rzeczy odkrywam, inne wiem, a pozostałych nie widzę. Ten wyjazd już jest trudny, a jednocześnie owocny w tematy godne poruszenia. Nie każde przyjemne doświadczenie musi być dla nas wartościowe, a nieraz te pokryte bólem, potem i krwią są najbardziej kształtujące. Dziś w Polsce obchodzimy Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, a tu, we Włoszech również Ferragosto, czyli pogańskie święto nazwane na cześć cesarza Augusta, celebrowane w związku z zakończeniem zbiorów. Wiąże się ono z zabawą i dniem wolnym. Przekonam się jak w Norci jest ono obchodzone, ale nim to nastąpi chcę pójść na mszę... to nic, że tu wszystkie kościoły są zawalone. Bycie zagranicą budzi we mnie silną chęć celebrowania święta, którego lokalni nie rozumieją. Chodząc do kościoła staję się bardziej egzotyczny, niż nosząc różowy podkoszulek, o czym opowiem wam w kolejnym poście...
Do następnego!
BUON FERRAGOSTO!








wtorek, 24 lipca 2018

NIEWIDOMI TEŻ MOGĄ STUDIOWAĆ ZAGRANICĄ! Wywiad z Moniką Dubiel


Zapraszam Was do drugiej części wywiadu z Moniką Dubiel, którą zapytałem o doświadczenia związane z wymianami studenckimi zagranicą. Jak to wygląda z perspektywy osoby niewidomej?



Gdzie byłaś na Erasmusie z uczelni?

Na samym Erasmusie byłam tylko w Hiszpanii, Portugalii i na praktykach we Włoszech, a na wymianach bilateralnych w Rosji i w Stanach zjednoczonych.

Jak niewidomy może samodzielnie tak po prostu wyjechać do innego kraju, studiować, dogadywać się z uczelnią, zdobywać nowych przyjaciół, ogarniać kwestie żywieniowe i mieszkaniowe? Jak to zrobiłaś?

To było stopniowe. To był jakiś efekt mojego usamodzielniania się. Tego, Że zdecydowałam się wyjechać do Warszawy na studia. To był dla mnie taki duży krok… że musiałam nagle sama zacząć się poruszać po obcym mieście, wiele rzeczy sobie załatwiać na uczelni, czy takie życiowe sprawy, typu zrobienie zakupów itd. No i po dwóch latach takiego samodzielnego życia w Warszawie stwierdziłam: no dobrze, to nie jest takie trudne, więc teraz kolejnym krokiem będzie wyjazd zagraniczny.

Przed rozpoczęciem studiów moim marzeniem był wyjazd do Barcelony i postanowiłam, że pojadę na Erasmusa właśnie tam, zasadniczo, w momencie kiedy się dostałam na studia. No i dopiero po jakimś czasie do tej decyzji dojrzałam. To był rok 2009 jak tam pojechałam. Składając podanie o wyjazd musiałam zaznaczyć, że jestem osobą niewidomą, bo tamta uczelnia musiała jakby na to się zgodzić. Musieli przyjąć do wiadomości, że student, który potencjalnie do nich przyjedzie, jest studentem z niepełnosprawnością i oni są w stanie zapewnić takie same warunki do nauki jak całej reszcie. No i oczywiście wyrazili zgodę, wiec oni o tym wiedzieli.

I w praktyce?

  


I w praktyce wyglądało to tak, że niestety było Inaczej, niż w Polsce, bo ja byłam trochę przyzwyczajona do standardu Uniwersytetu Warszawskiego, który dba o studentów z niepełnosprawnością na bardzo wysokim poziomie. To znaczy, tutaj jest cała pracownia komputerowa przeznaczona dla osób z niepełnosprawnością wzroku. Osoby przychodzące na studia mogą np. wypożyczyć sprzęt na cały rok, czy komputer, czy skaner, czy notatnik- cokolwiek.  Mogą też zgłaszać zapotrzebowanie na materiały np. że potrzebują przeczytać taką i taką książkę i wtedy ten materiał jest adaptowany w taki sposób, jaki oni potrzebują: jest skanowany, albo drukowany w braillle’u, albo nagrywany.

No i myślałam, że gdzie jak gdzie, ale na zachodzie będzie jeszcze lepiej. Więc okazało się, że nie do końca. Jest bardzo rozbudowana działalność hiszpańskiego związku niewidomych i oni faktycznie dużo robią, dużo zapewniają, no ale tylko członkom tego związku, czyli Hiszpanom. Więc uczelnia ze swojej strony nie oferuje właściwie nic. Wszystko zapewnia związek niewidomych, więc jak jest student, który nie jest Hiszpanem to ma problem. Udało mi się wynegocjować w tym związku niewidomych kilka godzin orientacji przestrzennej z instruktorką, natomiast z pozyskiwaniem materiałów był problem. Nie udało mi się osiągnąć tego, żeby np. gdzieś mi podręczniki skanowali. Na szczęście udało mi się dogadać z prowadzącymi wykłady, bo tam bardzo powszechną praktyką było wyświetlanie slajdów w czasie wykładów. I udało mi się z nimi dogadać, żeby mi te slajdy udostępnili, ale też nie wszyscy. Niektórzy powiedzieli, że nie, bo jest to ich własność intelektualna i że oni nie mogą tego udostępniać.

Na szczęście w Hiszpanii jest też trochę inny system oceniania, niż u nas. Nie jest tak, że po semestrze zajęć jest egzamin i ocena. Ta ocena jest wypadkową trzech, czterech rzeczy. Z czego tylko jedną z nich jest egzamin. Jest aktywność na zajęciach, jakiś projekt, który trzeba zrobić. Często nawet nie było egzaminów, tylko same te projekty, więc to nie było aż tak problematyczne.

Czyli można by podsumować, że zderzyłaś się trochę z taką smutniejszą rzeczywistością?

Tak, nie było to takie łatwe.

A w przypadku innych wyjazdów? Tak, żeby zarysować, jak to może wyglądać, bo wiadomo, nie można się opierać tylko na jednej uczelni.

No jasne! W Portugali z kolei pod tym względem było dużo lepiej. Tam nie miałam orientacji przestrzennej, ale jeżeli chodzi o przygotowanie materiałów, to było podobnie jak w Warszawie, czyli ja zgłaszałam co potrzebuję, musiałam im przynieść te materiały, a oni mi  je faktycznie systematycznie skanowali i przesyłali.

W Rosji… no to… nie było nic z takich rzeczy. Natomiast tam głównie chodziłam na zajęcia z literatury- Na szczęście! Więc korzystałam z wiedzy pozyskiwanej na wykładach, a reszta to były po prostu książki, które trzeba było samemu przeczytać: powieści, wiersze, no więc to mogłam bez problemu przeczytać we własnym zakresie.

W Rosji z resztą jest ten plus, że tam mnóstwo podręczników, dużo więcej niż u nas, po prostu krąży w Internecie. Nasz Chomik przy tym, co tam jest, to jest mały pikuś. Tam co prawda, nikt mi tych podręczników nie przygotowywał, ale byłam w stanie praktycznie wszystkie znaleźć w Internecie.

Najbardziej dziwny system był w Stanach. Nie zdecydowałam się z niego skorzystać, bo w Stanach studenci zobowiązani są do kupowania podręczników. Nie mogą kserować. Nie mogą też za bardzo pożyczać z biblioteki. Jest wypożyczalnia podręczników, ale to też jest płatne. Na tej uczelni, gdzie byłam, jest biuro gdzie można było przynieść te książki, żeby oni je zeskanowali… ale oni te książki niszczyli. Rozcinali je i wrzucali luźne kartki. Podejrzewam, że po prostu mieli „podajnik”. Chodziło o to, żeby człowiek nie musiał stać i przekładać kartek, tylko żeby wrzucić stos papieru i żeby skaner go sobie przekładał. Tylko to się wiązało z tym, że taka książka się potem nie nadawała do użytku, więc jak ja bym kupiła książkę za 20 czy 50 dolarów, bo takie tam są ceny podręczników, to nie byłabym w stanie jej później sprzedać. A nie mogłam skorzystać z tej wypożyczalni uniwersyteckiej, bo tam trzeba było zwrócić książki w nienaruszonym stanie, więc zrezygnowałam z tego. Na szczęście udało mi się jakoś przebrnąć przez te zajęcia, bo tak naprawdę tylko na jednych zajęciach był potrzebny podręcznik.
       
   Prawda też jest taka, że na większość z tych wyjazdów: do Hiszpanii, do Włoch na początku pojechała ze mną moja mama i spędziła tam ze mną tydzień, więc też ona mi trochę pomagała w orientacji przestrzennej.

No właśnie bardzo mnie to interesowało, jak można pojechać do obcego kraju i „Hello! Bawmy się w szukanie uniwersytetu, mieszkania itp.”?

Nie no, mieszkanie zawsze miałam znalezione wcześniej jakoś tam przez Internet. W Hiszpanii to był akademik. No więc do Hiszpanii i do Włoch przyjechała ze mną moja mama i mi trochę pomogła. Do Portugalii pojechał ze mną, wtedy mój ówczesny chłopak. W Rosji było tak, że leciał jeszcze jeden chłopak ode mnie z uczelni na tą samą wymianę. On mi służył wsparciem, ale też była taka pani profesor, która koordynowała tą całą wymianą polsko- rosyjską. Polka z pochodzenia, mówiąca po polsku,  znalazła mi zaraz dwie studentki, które mi pomogły, które chciały się uczyć polskiego, więc ja je trochę uczyłam języka, a one mi trochę pomagały i taka to była wymiana.

No i w stanach z kolei jest taki system, że wszyscy studenci, którzy przyjeżdżają z zagranicy, dostają miejscowego studenta, który jest w stanie wprowadzić w meandry życia akademickiego.  Pokazać co, gdzie, jak itd. Mi się akurat trafiła bardzo fajna dziewczyna i bardzo dużo czasu spędzałyśmy razem, więc ona na początku pokazała mi co gdzie jest.

Jak się czułaś w czasie tych wszystkich wyjazdów? Czy nie czułaś się samotnie? Bo jednak jest to spore wyzwanie, wyjechać, zostawić wszystkich swoich przyjaciół. Jasne! Możesz tam poznać nowych, ale jednak będąc osobą niewidomą jest to utrudnione. Jakie miałaś do tego podejście?

Jest to faktycznie problem. Na pewno w przypadku osób niewidomych ten proces pozyskiwania znajomych jest dłuższy. W sytuacji, kiedy przyjeżdżasz na Erasmusa na parę miesięcy i jesteś niewidomy trwa to dłużej, bo jednak osoby pełnosprawne po prostu mogą same wyjść na imprezę jedną, drugą erasmusową i poznać jakichś ludzi. Ja się nigdy nie odważyłam pójść totalnie sama, więc zawsze się podpytywałam znajomych, czy ktoś idzie i wtedy ewentualnie z nimi wychodziłam.

Wychodziłam dużo, bo akurat w Hiszpanii tak się udało, że zapisałam się na początku na kurs katalońskiego, bo w Barcelonie mówi się po katalońsku. Był bezpłatny kurs dla osób, które przyjechały tam na studia. Nie byli to tylko erasmusi, ale było też sporo osób z Ameryki Południowej albo z innych części Hiszpanii. Dzięki temu poznałam bardzo dużo ludzi hiszpańskojęzycznych. Bo na tym mi głównie zależało, jadąc do Hiszpanii, żeby ćwiczyć hiszpański.  I tam nawiązałam pierwsze i właściwie najważniejsze znajomości, które przetrwały przez całego mojego Erasmusa. Tam taką paczkę żeśmy stworzyli i wyjeżdżaliśmy razem na wycieczki, chodziliśmy na imprezy. I też dzięki nim bardzo dużo zwiedziłam, bo też byli zainteresowani zwiedzaniem, a nie tylko chodzeniem do barów.

Czym według Ciebie jest w praktyce Erasmus lub tego rodzaju wymiany zagraniczne?

Dla osoby niewidomej, czy tak w ogóle?

Dla niewidomej i dla ciebie. Bo wiesz, ja też już mam takie doświadczenia z rozmów ze znajomymi i domyślam się, że Erasmus nie jest stricte dla rozwoju naukowego, bo jednak są różnice programowe itp. Itd.  Więc czym to było dla ciebie?

Dla mnie przede wszystkim wybór kierunku wyjazdu był związany z językiem. To zawsze były miejsca, gdzie chciałam jechać, żeby ćwiczyć język… kolejny, którego akurat miałam fantazję zacząć się uczyć. Więc najpierw Hiszpania, potem Włochy, Rosja, Portugalia… no Stany to wiadomo, angielski znałam wcześniej, ale akurat pojawiła się taka możliwość, żeby pojechać do Stanów…  Stany akurat zawsze mnie fascynowały, bo to jest takie trochę dla nas w Polsce, może nawet w Europie, mityczne miejsce. Jesteśmy wychowani praktycznie na tej amerykańskiej kulturze: oglądamy filmy, seriale, książki i stwarzamy sobie taką wizję tego, jak tam jest. Chciałam zobaczyć jak tam jest naprawdę. A te wszystkie inne miejsca to był język i to zawsze był mój priorytet, żeby nie być z Erasmusami innymi, tylko właśnie z ludźmi mówiącymi w tym konkretnym języku.

Po drugie, czym okazał sie dla mnie Erasmus, zwłaszcza ten pierwszy, w Hiszpanii, bo on był najdłuższy, to kolejny krok do samodzielności, bo np. w Hiszpanii po raz pierwszy musiałam gdzieś samodzielnie polecieć samolotem. W Polsce zdarzyło mi się latać, ale zawsze było tak, że ktoś mnie na lotnisko odprowadzał, a potem ktoś mnie na lotnisku odbierał. A w Barcelonie musiałam dostać się do Madrytu i później z lotniska w Madrycie dotrzeć do mojej koleżanki.

I jak to się sprawdza? Bo sam ostatnio o tym mówiłem, że np. na lotnisku w Ukrainie otrzymałem asystenta osoby niepełnosprawnej, który nie mówił po angielsku i pokazywał mi na zegarku godzinę, zakładając, że ją zobaczę.

To ja tak miałam, jak po raz pierwszy z Hiszpanii leciałam do Włoch. Też okazało się, że mój asystent nie zna angielskiego, ale że on mówił po włosku, a ja po hiszpańsku to jakoś żeśmy się dogadali. No ale asysta jest dopiero niestety przy check in’ie, musisz sam się dostać na to lotnisko, dojść do okienka i powiedzieć „Hello! Potrzebuję asystę!”. Więc za pierwszym razem to było dla mnie dosyć trudne. Po wyjściu z pociągu, pytałam ludzi „Przepraszam, którędy do hali głównej?” a oni mnie kierowali. Oczywiście łatwiej jest na mniejszych lotniskach. Hiszpania ma taką specyfikę, że jest dużo tych mniejszych lotnisk, które są intuicyjne, w przeciwieństwie do tego np. w Barcelonie.

I jeszcze jedna rzecz, którą był dla mnie Erasmus, to poszerzenie horyzontów, nie tyle naukowych, co życiowych, światopoglądowych, bo wtedy po raz pierwszy miałam przyjaciół z Ameryki Południowej, z Afryki i to było takie normalne. Ludzie byli z takich krajów, że nie potrafiłabym ich nawet wskazać na mapie np. Togo. Doświadczenie multikulturowości. W Polsce, zwłaszcza 10 lat temu, takiej multikulturowości nie było.

Czy mogłabyś dać jakieś rady osobie, która zdecydowałaby się na Erasmusa?

Na pewno, żeby nawiązała kontakt z uczelnią i żeby dowiedziała się, czy ta uczelnia w jakikolwiek sposób zapewnia wsparcie osobom niepełnosprawnym. Na pewno im większy uniwersytet, tym o takie rzeczy łatwiej. Decydując się na Erasmusa, mamy pewną listę uczelni na które możemy pojechać, więc warto odwiedzić stronę internetową każdej z nich. Są też giełdy erasmusowe, na których możemy porozmawiać z osobami, które już były na takim wyjeździe. Można też skontaktować się na swojej uczelni z biurem osób niepełnosprawnych, zapytać, czy wcześniej osoby niewidome gdzieś wyjeżdżały, a jeśli tak, to gdzie, poprosić o kontakt do tych osób.

Czy ty coś takiego zrobiłaś?

Nie, bo ja byłam pierwszą osobą niewidomą, która pojechała na Erasmusa, ale potem zwracały się do mnie takie osoby. Pani z biura poprosiła mnie, czy może przekazać mój kontakt i zgłaszały się do mnie osoby również spoza mojej uczelni.    

Dzięki Wielkie za uwagę. Gdybyście chcieli się czegoś dowiedzieć w temacie wyjazdów na wymiany zagraniczne, piszcie pytania w komentarzu, a być może pojawi się jeszcze jakiś materiał z Moniką Dubiel.

Gdybyście byli zainteresowani pierwszą częścią wywiadu w formie video, zapraszam na kanał YouTube: Słabowidzący, gdzie Monika dzieli się swoimi wrażeniami z wyjazdów autostopem.:




Do następnego!


    


niedziela, 15 lipca 2018

Dostępność LONDYNU i RZYMU


   Witam Was w wakacyjnym klimacie podróży! Tym razem chciałbym podzielić się z Wami moimi doświadczeniami dotyczącymi dostępności Londynu dla osób niepełnosprawnych wzrokowo, porównując to miasto do Rzymu.

   Czemu akurat te dwa miasta?


   Pierwsze z nich miałem przyjemność zwiedzić w ostatni weekend majowy, a drugim cieszyłem się aż tydzień, w zorganizowanej grupie z uczelni.  Od czasów wyjazdu do Turcji zacząłem o wiele uważniej obserwować miasta turystyczne pod kątem infrastruktury oraz ułatwień komunikacyjnych, czy muzealnych. Ten temat mnie fascynuje, dlatego że zazwyczaj nie używam białej laski i nie posiadam żadnej międzynarodowej legitymacji osoby niepełnosprawnej wzrokowo, a więc niejednokrotnie możliwość uzyskania pomocy leży w dobrej woli napotkanych ludzi.

   Londyn

   Miasto, które pomimo swojego specyficznego klimatu zachwyciło mnie absolutnie, bo po raz pierwszy widziałem to samo, co na filmach i pocztówkach. Prostota a jednocześnie klasa w stylu budownictwa i w ludziach - tłumach przelewających się liniami metra oraz ulicami spomiędzy szklanych korpo- domów.

   11 linii metra
    Łatwo sobie wyobrazić, jak wielkim wyzwaniem może być podróż dla osoby niewidomej. Brytyjskie metro jest niejednokrotnie wąskie i trudne do przejścia dla osób widzących. Na szczęście jest ono wyposażone w sztab ludzi, stojących przy bramkach i pomagających turystom oraz osobom niewidzącym, co miałem okazję zaobserwować. Niesamowity atut! Już pierwszego dnia pobytu w Londynie doświadczyłem takiej pomocy, od Pani, która pomogła mnie i mojej rodzinie zakupić bilety na przejazd i odpowiednio pokierowała.

   W Rzymie zaobserwowałem jedynie karabinierów i nie umiem określić, czy oprócz trzymania broni, potrafią oni przeprowadzić niewidomego, jednak rzymskie metro posiada szlaki i wyraźne oznaczenia linii metra w różnych kolorach, a wiec dla osoby słabo widzącej, po krótkiej adaptacji, metro to, może być całkiem przystępne.  

   Bilety

   Jako biedny student, nie miałem oporu by pytać o zniżki dla osoby niepełnosprawnej, co opłaciło się niesamowicie. Koszt wejścia do Opactwa Westminsterskiego wynosi 17 euro za osobę. Taka informacja po godzinnym czekaniu na deszczu może ściąć z nóg. Jednak po krótkiej rozmowie i pokazaniu, co dziwne, polskiej legitymacji osoby niepełnosprawnej weszliśmy w trzy osoby na jeden bilet normalny, czyli zamiast zapłacić 51 euro, wydaliśmy 17. W ramach biletu przysługuje Wam audio przewodnik, lecz niestety nie pamiętam, aby była możliwość otrzymania audiodeskrypcji w języku polskim.

   British Museum, pomimo darmowego wstępu udostępnia audio przewodniki za opłatą, a audiodeskrybcję jedynie w języku angielskim. Udało mi się ją wypróbować, choć musiałem tłumaczyć, na czym polegają moje problemy wzrokowe, bo pan za ladą nie uznawał mnie za „visually impaired”.

   National Gallery to miejsce przepełnione dziełami wizualnymi i nawet dla osoby widzącej niemożliwym jest zobaczenie wszystkiego na raz. Podobnie to działa w przypadku audiodeskrybcji. Jest ona dostępna za darmo, lecz nie obejmuje wszystkich obiektów i pani zajmująca się jej udostępnianiem, zaoferowała mi najpierw zorientowanie się, która część wystawy mnie interesuje, aby później umówić się na następny dzień. Miałem otrzymać przygotowane opisy do interesujących mnie obiektów. Niestety z braku czasu, nie skorzystałem z tego.

   Najprzyjemniejszym zaskoczeniem była możliwość darmowego wejście do katedry św. Piotra, która jest droga, lecz warta zobaczenia, choćby dla widoków z wieży. Budynek wyposażony jest w windę dla osób starszych oraz na wózkach. Winda jest strzeżona, a wiec przeciętny śmiertelnik nie może z niej skorzystać.

   Na tle tych superlatyw dość krótko potrafię opisać Rzym.

   Rzym


   Byłem we wszystkich najważniejszych miejscach tego miasta i nie zawsze mogłem liczyć na zniżkę z tytułu bycie niepełnosprawnym. O tyle miałem komfortową sytuację, ze podróżowałem z uczelni, jako student historii sztuki, a więc do wielu obiektów wchodziłem za darmo. Włosi, pomimo swojej światowej opinii wyluzowanych, są paradoksalnie spięci, kiedy chodzi o zwiedzanie ich dorobku kultury. Audiodeskrybcja występuje tam o wiele rzadziej, choć Watykan prawdopodobnie z tytułu Jana Pawła ll jest przygotowany na polskich turystów.


   A jakie są Wasze doświadczenia związane z tymi dwiema stolicami Europy? Piszcie koniecznie, bo być może komuś te informacje pozwolą przygotować się na wspaniałą wyprawę. Może znacie inne ciekawe miasta, otwarte na osoby z problemami wzrokowymi?

   Do następnego!
         

środa, 14 marca 2018

LATAĆ JAKO NIEWIDOMY?


   Po co niewidomym podróżowanie? Przecież i tak nic nie zobaczą?

   Takie pytanie pojawiło się na moich ostatnich zajęciach z konwersatorium dotyczącego planowania wycieczek. Nie jest to oczywiste, bo sam, jako osoba słabo widząca, mam niejednokrotnie dylemat dotyczący sensu odwiedzania jakiegoś muzeum, w którym i tak wiele elementów nie dostrzegę. Wydawać kupę kasy za zrobienie amatorskich fotek, które finalnie będę oglądać w domu?

   Po chwili jednak potrafię wykrzesać taką odpowiedź, jaką podała również prowadząca konwersatorium.

   Tu chodzi o klimat. Skupienie się na sztuce w przeznaczonym do tego miejscu i czasie. Podobno badania naukowe wykazały, że obcowanie z dobrami kultury, bez względu na różnice etniczne, intelektualne, czy fizyczne, pobudza u wszystkich ludzi tą samą część mózgu.

   Oczywiście idealistycznie możemy dodać, że muzea przystosowują się do osób niepełnosprawnych, poprzez podjazdy, tyflografiki, czy audiodeskrybcję.


   Turcja dla niewidomych?
  
   Ostatnie dwa tygodnie spędziłem na mojej siódmej wymianie zagranicznej z programu Erasmus +. Tym razem w Turcji! Nie chcę się rozwijać co do wrażeń turystycznych, lub opowiadać o projekcie, bo poświęcę temu inne materiały.
Chciałbym podzielić się z Wami moimi obserwacjami dotyczącymi dostępności tego kraju dla osób z problemami wzrokowymi.

   Latać jako niewidomy


   Nasz lot do Istambułu miał przebiegać dwuetapowo. Z Warszawy do Kijowa i z Kijowa do Turcji.  Okazało się, że między przelotami mamy jedynie 40 minut przerwy. Przy ekipie składającej się z dwóch krecików i jednej dobrze widzącej dziewczyny, ta podróż mogła zakończyć się porażką. Rozsądnym wydawało się zaznaczenie przy odprawie, że jesteśmy osobami niewidzącymi, bo to miało nam zapewnić asystenta, który pomógłby w eskortowaniu naszej trójki do odpowiedniej bramki. W praktyce, podczas całej naszej podróży pytano nas kilka razy oto, czy mamy problemy ze wzrokiem, ale odniosłem wrażenie, że nikt nie wyczuwał powagi bycia visually impared. Blind albo nie blind.

   Wracając do Polski byliśmy pogodzeni z tym, że nie mamy żadnych ułatwień, dlatego mocno nas zaskoczyło pytanie stweardessy w samolocie lecącym z Istambułu do Kijowa.  Zapytała nas o to samo co inni, dodając jednak, że w obecnej sytuacji, musimy opuścić samolot, jako ostatni. Kompletnie nie rozumieliśmy tej zasady, ale mając kolejne trzy godziny przerwy miedzy lotami, nie sprawiało nam to problemu. 

   Okazało się, że przed samolotem czekał na nas nasz asystent: sympatyczny Ukrainiec, zdziwiony brakiem białych lasek, komunikujący się z nami w swoim języku.
Mężczyzna sprawnie przeprowadził nas przez lotnisko, a na końcu pokazał na swoim telefonie godzinę. Z jednej strony poczuliśmy ulgę, że mamy jedno zmartwienie mniej, a z drugiej strony zaczęliśmy analizować całe zdarzenie. 

   Mężczyzna nie rozumiał naszych komunikatów w języku polskim i nie mówił po angielsku. Finalnie pokazał nam zegarek, licząc na to, że go zobaczymy. Jakby się sprawdził taki asystent w kontakcie z osobą całkowicie niewidomą?

   Po tureckich ulicach

   Uważam, że Turcja, a z pewnością Adana przebija Włochy pod względem ruchu ulicznego. Powiedzieć, że ludzie bez problemu przechodzą na czerwonym świetle to za mało. W Rzymie doświadczyłem wyczulenia kierowców na pieszych. Samochody zatrzymywały się, lub znacząco zwalniały. W Adanie, autobus potrafił zajechać drogę ludziom przechodzącym na pasach. Slalomy jakich dokonywałem w trakcie jednego przejścia, podwyższyły stopień mojej wrażliwości na ryzyko, nie wspominając o retrospekcji całego mojego życia.  

   Czuć, że to inna kultura i czasem zupełnie inne prawa. Myślę, że obelgą byłoby zaliczanie tego kraju, do państw europejskich.

   Pozytywnie zaskoczyła mnie obecność charakterystycznych szlaków dla osób niewidomych, które pojawiały się nie tylko przy stacjach kolejowych. Z drugiej strony, niewiele trzeba było przejść, aby ujrzeć stragany stojące centralnie na tych ścieżkach.

   Nie pytajcie, czy policja mogłaby temu zaradzić, bo sami widzieliśmy umundurowanych panów, biegających między ruchliwymi pojazdami i innymi pieszymi.

   Chętnych zachęcam do obejrzenia krótkiego filmiku, w którym prezentuję plan stacji kolejowej w wersji brajlowskiej. Czy według Was jest on klarowny?


   Jestem ciekaw Waszych doświadczeń podróżniczych, dlatego piszcie komentarze poniżej. Zapraszam was również do obserwowania mojego instagrama oraz snapchata pod nazwą: slabowidzacy

   Do następnego!   

poniedziałek, 19 lutego 2018

Kiedy mówimy o problemach wzrokowych?



Walentynki za nami, a temat randkowania wciąż na tapecie…

Na jakim etapie znajomości mówimy o swoich problemach ze wzrokiem i kto je częściej kamufluje?

Mając swoje tezy, zadałem podobne pytania w mojej ostatniej ankiecie. Większość respondentów odpowiedziała, że na samym początku:

To jest widoczne z powodu grubych szkieł w okularach, więc dość wcześnie

Na początku, żeby nie było przykrej niespodzianki- albo zrozumie, albo ucieknie.

„Przeważnie poznaję ludzi na żywo, niż przez Internet, a jestem osobą niewidomą, co z reguły od razu jest zauważalne dla poznających mnie mężczyzn

Inni czekają na odpowiedni moment, a są i tacy, którzy potrafią zwlekać z tym faktem przez wiele tygodni, utrzymując relację internetową.

Zdecydowanie to słabo widzący starają się ukrywać swoje problemy, bo najzwyczajniej maja taką możliwość.

„Raczej nie, osoby mnie nie podejrzewają o to z racji moich zainteresowań- sztuki plastyczne, a potem jest wielkie zdziwienie.

Czasami tak. Zwłaszcza wtedy, gdy jest to zupełnie obojętne dla naszej relacji.

Jedna z odpowiedzi idealnie trafiła w kwestię, którą chcę poruszyć:

„Kiedyś starałem się to robić i kamuflowałem swoją niepełnosprawność wzrokową. Ale z biegiem czasu doszłam do wniosku, że to nie ma sensu, bo jeśli chce się stworzyć poważny związek, to druga osoba powinna cię akceptować takim jakim jesteś. Teraz mówię to z łatwością, bo mam wspaniałą osobę która mnie akceptuje

Podpisuję się pod tą wypowiedzią wszystkim, czym mogę! Wydaje mi się, ze zbyt obsesyjne ukrywanie dysfunkcji nie jest dobre, tak samo jak nadmierne odnoszenie się z nimi.
Mając wielu niepełnosprawnych znajomych , potrafię określić poziom ich zrehabilitowania min. po tym, jak mówią o swoich chorobach. Dla niektórych problemy ze zdrowiem są takim piętnem, że niemal przedstawiają się, jako posiadacze orzeczenia. Wielu nie wyczuwa poziomu smaku w mówieniu o swoim cierpieniu. Przez to potrafią zniechęcać do bliższej relacji, bo kto ma ochotę na takie wyzwania już na samym początku znajomości?

   W moim ostatnim filmiku opowiedziałem Wam o moich trudnych początkach, kiedy uczyłem się mówić o zespole Stargarda. Również przedstawiłem Wam trzy historie randkowe. Każda z nich niesie za sobą odmienne postawy ludzi, którzy dowiadywali się o mojej chorobie. Tych, którzy jeszcze nie obejrzeli, koniecznie zachęcam do nadrobienia i podzielenia się swoimi przemyśleniami w komentarzach. (Linki do filmów poniżej)





   Do następnego!

niedziela, 11 lutego 2018

BRAK WZROKU barierą przed znalezieniem MIŁOŚCI?



Czy osoby z dysfunkcjami wzroku mają większe problemy z nawiązaniem relacji uczuciowej, bądź seksualnej?

Czy dla niepełnosprawnych wzrokowo ważne jest, aby ich partner był osobą dobrze widzącą?

Kto ma większe problemy z nawiązywaniem bliższych relacji- niepełnosprawni wzrokowo mężczyźni, czy kobiety?

Czy niewidomi i słabo widzący korzystają z portali randkowych, a jeśli tak, to z jakich?

Zainspirowany rozmową z moimi znajomymi, zacząłem rozważać, na ile sprawy sercowe w sferze „blind’ są bardziej skomplikowane. Przyjemnie jest usłyszeć opinię kolegi niewidomego , że seks po utracie wzroku jest dużo ciekawszy, ale czy ten argument jest wystarczający ?

Od zawsze irytował mnie fakt, że pomimo mojej otwartości wobec ludzi i lekkości w zaczepianiu nieznajomych na ulicy, nie potrafię wejść w tzw. flirt niewerbalny.

Niczym z filmu romantycznego, dostrzegli swoje spojrzenia i już wiedzieli, że są sobie pisani… albo że czują ten sam pociąg seksualny.

 Nie wspomnę już o mało krytycznym postrzeganiu wyglądu innych, bo nieraz pytając się zaufanych osób czy obiekt moich zainteresowań jest atrakcyjny, słyszę- Zdecydowanie nie!

Wiadome! Mamy różne gusta! Jednak w przypadku zaburzonego centralnego widzenia, nie dostrzegam zmarszczek, pryszczy, a nawet nosa i oczu z większej odległości. Potrafię stwierdzić, że ktoś mi się podoba, a realnie może to być równie dobrze ruszający się manekin z wystawy second handu. 

Nie mam kompleksów z tytułu niedowidzenia i nie wyczuwam, aby ludzie mieli z tym problem. Uważam, że zetknięcie innych z moją dysfunkcją pozwala mi na ich szybsze zweryfikowanie. Tylko ludzie z ograniczonym umysłem mogą uznać tego typu schorzenia za znaczący deficyt.

Pytania postawione we wstępie postanowiłem zadać głównym zainteresowanym, dlatego stworzyłem ankietę. Pojawiła się ona na moim fanpage’u oraz innych stronach o tematyce osób z dysfunkcjami wzroku. Ku mojemu zaskoczeniu, badania cieszyły się sporym zainteresowaniem wśród młodszych i starszych użytkowników Facebooka.

Z wielką przyjemnością dzielę się z Wami wynikami tej ankiety i czekam na Wasze wnioski w komentarzach pod wpisem ;)

W grupie 66 respondentów znalazło się większość osób słabo widzących (62,1%) i zdecydowanie przeważały panie. Duża część grupy badawczej jest obecnie w związkach, jednak większość mężczyzn uznaje siebie za singli. Niestety w mojej ankiecie zabrakło pytania o wiek, jak i o wykształcenie, które mogą wpływać na stan prosperowania w sferze relacji damsko- męskich.


Czy jest trudniej?

Większość zapytanych potwierdza moją tezę, że problemy ze wzrokiem zdecydowanie utrudniają nawiązywanie bliższych relacji uczuciowych, czy też seksualnych. Panowie częściej to przyznają.


Jednak w kwestii przesądzenia, kto ma gorzej- kobiety, czy mężczyźni, wielu nie potrafiło odpowiedzieć. Ci, którzy to zrobili zdecydowanie wskazują na panie.

W pewien sposób wydaje się to być zrozumiałe. Jako mężczyzna, myślę, że faceci o wiele bardziej boją się zobowiązań i brania na barki odpowiedzialności za poczucie komfortu i bezpieczeństwo kobiety. Z kolei panie genetycznie mają wpisaną opiekuńczość, jak również zdaje się być kuszącą perspektywa posiadanie mężczyzny, który nie porzuci wybranki serca z tytułu worów pod oczami i obwisłego biustu. Mówi się o nas: wzrokowcy! Myślę, że w tym stwierdzeniu tkwi ziarno prawdy.

Czy wzrok partnera ma znaczenie?

Kilka moich koleżanek, jeszcze w czasach liceum mówiło, że ich partnerzy koniecznie muszą być dobrze widzący, aby móc im pomagać, wozić dzieci do szkoły itp. Z czasem okazuje się, że niektóre z nich są w mniej lub bardziej szczęśliwych związkach z mężczyznami o podobnych schorzeniach. Nie wchodzę na grunt relacji nawiązujących się w wyniku uczęszczania do tej samej szkoły specjalnej. Wyczuwam w tym pytaniu coś, co jest wyśmiewane, jako zjawisko globalne. Nasze oczekiwania, a rzeczywistość. Ile to razy słyszeliśmy, że ktoś gustuje w blondynkach, a finalnie wiązał się z brunetką.


Badania pokazały, że dla większości zapytanych stopień widzenia nie ma znaczenia. W mniejszości wyrażającej inną opinię, przeważają osoby niewidome, co wydaje się być rzeczą naturalną. Co mnie nieco rozbawiło, to mężczyźni wykazują większe wymagania co do partnerek, a podkreślam, że większość tych samych respondentów jest singlami. Co więcej, w późniejszym pytaniu o przeważającą liczbę dotychczasowych związków- z osobami zdrowymi, czy niepełnosprawnymi, większość panów odpowiedziała, że w ich życiu dominowały relacje z osobami słabo widzącymi oraz niewidomymi.

Co z portalami randkowymi?

Jedna z najciekawszych dla mnie kwestii. Temat ten poszerzyłem w ostatnim filmiku na serwisie YouTube pt. „Niewidomi na Tinderze?”

Wydaje mi się, że sięganie do serwisów randkowych stało się popularne pośród moich znajomych. Grupa przebadana to jednak osoby, które są w związkach i na pierwszy rzut oka raczej znacznie wykraczają poza moją średnią wieku (20 lat). 

Tak jak się spodziewałem: większość przebadanych odpowiedziała przecząco na pytanie, czy korzystali oni kiedykolwiek z serwisów randkowych? Spośród tych, którzy przyznali się do tego, wyłoniła się ponad połowa kobiet niewidomych, nieco mniej słabo widzących, a jeśli chodzi o panów, to bez względu na stopień dysfunkcji było ich 25%.

   Najczęściej wymienianymi portalami są: Sympatia.pl, Be2, Tinder oraz Badoo. 


   Wkroczenie do tych tematów, ukazało mi, jak wiele jest nieporuszonych kwestii dotyczących budowania relacji, edukacji seksualnej itp. W kolejnym poście omówię dwa ostatnie pytania z mojej ankiety, dotyczące kamuflowania problemów wzrokowych oraz mówienia o nich swoim partnerom. Kiedy i jak to robimy?

   Zachęcam Was do obserwowania moich działań na Facebooku, jak również kanału YouTube. Czekam na Wasze komentarze i pytania. Piszcie do mnie z wszelkimi uwagami oraz sugestiami, abym mógł jak najlepiej rozwijać swoją działalność.

   Dziękuję raz jeszcze wszystkim, którzy poświęcili swój czas na moje badania i podzielili się swoimi doświadczeniami.

   Do następnego!