niedziela, 4 listopada 2018

Jak pachnie Umbriaa? SEKS, CZEKOLADA I KWIATY



   Nieco groteskowym wydaje  się opisywanie zapachów Umbrii,  czując obecnie jedynie zeżarty czosnek i odór własnych gili.  Ten stan zawdzięczam klimatyzacji linii samolotów Ryanair!  Uznajmy, że to niepisany warunek taniego transportu.

   Mimo takiego tematu nie chciałbym popaść w grafomanię lub nudne opisy rodem lektury Elizy Orzeszkowej, choć prawdopodobnie jakością bym jej nie dorównał. 

   Nie chcę wciskać kitu, tym, którzy fascynują się funkcjonowaniem osób niepełnosprawnych wzrokowo, że zapachy rozpoznaję w sposób nadnaturalny.  Lubię na nie zwracać uwagę, bo tworzą nie raz piękniejsze obrazy, niż kolory; silniej oddziaływują na wyobraźnię, a także przywołują wspomnienia.

   UWIELBIAM ZAPACHY PERFUM!
   
    Nie raz zwracałem uwagę na kobiety pachnące jak moja mama, kiedy miałem 4, 7, lub 10 lat. Pracując na Niewidzialnej Wystawie potrafiłem czuć sympatię, a nawet pociąg seksualny do kogoś o szczególnym zapachu. Moja koleżanka z pracy powiedziała mi, że czasem pyta ludzi o to, jakich perfum używają,  lecz oni nie zawsze chcą zdadzić ten sekret.

   Od tego warto zacząć!


   JAK PACHNĄ WŁOSZKI I WŁOSI? 

   Niedawno w jednej z moich relacji na Instagramie odpowiedziałem, że kobiety pachną kwiatami i wciąż to podtrzymuję. Bardzo często ich woń jest dostojna, a zarazem delikatna. Oczywiście intensywność zapachu zależy od pory dnia, bo nie jest niczym zaskakującym, że nieco inaczej może pachnieć osoba idąca rano do pracy, a inaczej spacerująca wieczorem u boku mężczyzny. Widząc taką parę nieraz myślę o woni, która następnego dnia otrzyma niechlubne miano „zapachu seksu”. Ale oto przecież w tym chodzi!

INFIORATE SPELLO

   Gdybyście  byli zainteresowani prawdziwym kwiatowym rajem, polecam waszej uwadze Spello, średniowieczne miasteczko w którym lokalni rywalizują między sobą w tzw. Infiorate Spello, czyli kto bardziej udekoruje swoją uliczkę kwiatami. 


   Co do mężczyzn mam zupełnie odwrotne odczucia. Mieszkając jeszcze w małomiasteczkowej Norcii, dotkniętej trzęsieniem ziemii, wielokrotnie czułem zapach taniej wody po goleniu dostępnej w Biedronce.  Można by wyjść z założenia, że to normalne dla biedniejszych obywateli, lecz wrazenie to nie uległo szczególnej zmianie, po przeprowadce do studenckiej Perugii. Ostatni tydzień moich polskich wakacji mnie w tym utwierdził. Mężczyźni w Warszawie pachną zdecydowanie lepiej, atrakcyjniej. Tym bardziej zadziwia mnie fenomen „włoskiego kochanka". Może rzeczywiscie chodzi tu o sprawy łóżkowe, bo tak fizycznie patrząc na ulicy na tych ciemnookich kurdupli, wydaje mi się, że oczy to ich jedyny szczególny atut. 

                             JEDZENIE



   Schodząc jednak z obwąchiwania ludzi i aspektów seksualnych, przejdźmy do tematu jedzenia, bo z tego przecież słyną Włochy. Właściwie to wciąż zahaczam o sferę erotyczną, bo jak sama Magda Gessler potwierdza, nie ma nic bardziej erotycznego od wspólnego gotowania. Gdybyście mieli okazję wpaść do mnie na obiad, zdziwilibyście się jak bardzo. W czasie każdego wspólnego posiłku można z zamkniętymi oczami wyobrazić sobie, jak ktoś obok was osiąga orgazm. Nie wynika to z jakości ugotowanej ciecierzycy, lecz z dziwnego wychowania kolegi Szweda, który mlaszcze, wzdycha i generalnie dzieli się głośno swoją konsumkcyjną ekstazą.  


    
ULICE PERUGII


   Oczywiście zapach kawy bijący z mijanych na ulicy barów, czy aromat świeżej pizzy, to standard. W Perugii, to co zwróciło moją uwagę, to centurm miasta podczas festiwalu czekolady „Eurochoclate”. Jeśli mijaliście kiedyś fabrykę Wedla na warszawskiej Pradze, możecie to sobie wyobrazić. To trochę tak, jakby ktoś zdetonował bombę zapachową. Macie ochotę wziąć do ust wszystko, co brązowe, nawet jeśli to element dekoracji lub inna psia niespodzianka.



   Czasem brakuje mi tu zapachu świeżego chleba, który rzeczywiscie prowadziłby  do chrupiącego pieczywa. Chrupiąca skórka  nieoznacza oczywiście tych kamieni bez soli, na których prawdopodobnie włoskie dzieci szlifują swoje zęby. Niedawno usłyszałem legendę dotyczącą tego smutnego faktu. Podobno mieszkańcy Umbrii w odwecie za podwyższone podatki, na przekór papieżowi, przestali używać soli do chleba. Moi znajomi twierdzą, że to tylko  tak powszechne w tym regionie, lecz mi się zdaje, że podobny odwet zastosowali mieszkańcy Lazio i północnej części Włoch, bo tam do tej pory moja polska noga postała i pseudo- świeżego chleba spróbowała.  Na szczęście na ratunek przybywa niemiecki Lidl ze swoją niemiecką jakością, bliższą sercom Polaków. 



   W Perugii znalazłem tylko jedną ulicę, która śmierdzi moczem i to dość specyficzne zjawisko, gdyż znajduje się tam cukiernia emanująca zapachem świeżego murzynka- inaczej ciasta czekoladowego, dla poprawności politycznej. Warto to podkreślić, ponieważ Rzym właśnie smrodem  mnie odrzuca. Także morzem turystów ale przede wszystkim nieodłącznym wrażeniem, że gdzieś wywaliło szambo.

      Trawa jest zawsze bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma, dlatego nie chcę porównywać Polski do kraju makaroniarzy. Dużo zależy od miejsca. W pierwszym okresie mojego wolontariatu przebywałem w górach, a mimo to chodziłem z zapaleniem zatok, niewiele różniącym sie od tego w Warszawie. Bardzo lubię Perugię. Ze względu na zapach, architekturę i swój artystyczny klimat.  Nie zmienia to jednak faktu, iż nie jest to miejsce szczególnie dostępne dla osób niewidomych, bądź poruszających sie na wózkach. Tylko tak chciałbym napomknąć, gdyby któryś z moich blind czytelników planował przeprowadzkę. To może być wyzwaniem!

   Do następnego!

środa, 24 października 2018

Strefa komfortu - słabowidzący vs widzący

   Cechą charakterystyczną osób słabowidzących bardzo często jest przełamywanie strefy komfortu innych ludzi z otoczenia. Chodzi o nadmierne przybliżanie się w czasie rozmowy. Jest to naturalne zjawisko wynikające z dysfunkcji wzroku i jednoczesnego pragnienia odbierania bodźców wizualnych. 

   Za czasów uczenia się w szkole specjalnej, nie dostrzegałem tak dużego problemu z tego rodzaju zachowaniem, jednak tam wszyscy mieli podobne potrzeby. Wyobraźcie sobie takiego typowego krecika, który swoim oddechem zagarnia nowopoznanego rozmówcę. Dystans mniejszy, niż na wyciagnięcie ręki jest przeznaczony tylko dla bliskich przyjaciół, kochanków lub rodziny, a i tak nie zawsze jest on pożądany. Poczucie własnej przestrzeni, psychicznie daje nam poczucie autonomii. 

   Na tę z pozoru naturalną, niepisaną zasadę społeczną zwróciła mi uwagę moja terapeutka. Zawsze w czasie spotkań ześlizgiwałem się do krawędzi fotela i opierałem na kolanach by móc lepiej odczytywać jej mimikę twarzy. W gabinecie terapeutycznym fotele są od siebie o wiele bardziej oddalone, niż seidzenia przy stoliku w restauracji. 

   Czasem także moi bliżsi znajomi zwracają mi na to uwagę, jak również na głośne mówienie, lecz tego nie wiązałbym raczej z wadą wzroku. Od rozpoczęcia studiów, a jednocześnie po dłuższej przerwie od środowiska osób słabowidzących, w czasie spotkań z kolegami i koleżankami z branży, zacząłem dostrzegać problem. Poczucie dyskomfortu wynikające z tego, że ktoś zbliża się do mnie za bardzo. Pół biedy, jeśli tę osobę lubię, jest ona ładna i przyjemnie pachnie, ale co jeśli w tym samym położeniu ustawimy zupełne przeciwieństwo?

   Chciałbym zwrócić na to uwagę, bo wiem, że jest to temat nieoczywisty a wiąże się on z umiejętnościami funkcjonowania w społeczeństwie. Nie każdy wam na to zwróci uwagę. Z autopsji wiem, że rozmawianie z kimś, kogo nie widzę, jest najzwyczajniej w świecie nudne. Dłuższe kurtuazyjne utrzymywanie kontaktu wzrokowego męczy niemiłosiernie, wciąż jednak z niego nie rezygnuje, bo wiem, że niestety we wstępnym procesie zapoznawczym oprawa wizualna ma znaczenie.  Kij, że mniejsze dla mnie. Jeśli mam spotkanie biznesowe, priorytetem jest przekonanie do siebie, a jak tego nie uczynić lepiej, jak poprzez zasłuchane głębokie spojrzenie?

   Tak moi drodzy, tyle wynoszę z aktorstwa do życia codziennego.

   Czekam na wasze przemyślenia i opinie.

   Do następnego!

sobota, 20 października 2018

CHODZĘ NA TERAPIĘ! A ty?

   Od ostatniego wpisu zdążyłem na stałe przeprowadzić się do Perugi, walczyć z pluskwami, budować mowy związek, zacząć łysieć, nabierać masy i próbować zorganizować na nowo swoje życie. Dużo emocji, chwil zwątpienia, frustracji, niepewności I stale zadawane przeze mnie pytanie:

   Czy moje działania mają sens?

   W końcu stało się! Skontaktowałem się z moją Panią Psycholog do której chodziłem na terapię od listopada zeszłego roku. 

   O tym chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć, bo wiem, że jest to temat tabù I jego poruszenie ma być może większe znaczenie niż moje podròżnicze opowiastki.



   Każdy ma problemy. Nie ma ludzi normalnych, a jeśli są to boję się ich spotkać, bo nie uwierzę w ich człowieczeństwo. Młodzi I starzy są zagubieni. Nie wiedziałem o tym zanim nie zacząłem głośno mówić o własnej decyzji pójścia na terapię.

   Powody?

   1. Jak wielu rozważałem studia psychologiczne, lecz bałem się tendencyjnego odkrycia, że tymi studiami usiłuję sobie pomóc I tylko z lekkim opóźnieniem doprowadzą mnie one na kozetkę psychoanalityka.

   2. Czułem, że nie radzę sobie z nową rzeczywistością studenta, nowym związkiem mamy I że zachodzą w moim funkcjonowaniu mechanizmy szkodliwe dla mojego rozwoju.

   3. Najważniejszy motyw: poznałem dziewczynę , która swoim świadectwem przekonała mnie do tej decyzji. Nasze wybory życiowe, często podświadomie zdeterminowane są tym co wydarzyło się w dzieciństwie. Nie musimy tego
rozumieć, lecz może to sprawić iż w wieku 40 paru lat obudziły się z ręką w nocniku, a dokładniej z depresją lub poczuciem, że coś poszło nie tak. 
Dlaczego? Czy czegoś się bałem? Przed czymś uciekałem? Co mnie blokowało? Przecież to nie miało sensu! 

   Po raz pierwszy próbowałem spotkać się z terapeutą w zeszłe wakacje, niedługo po zakończeniu ówczesnego związku. Pod wpływem wyjazdów I fali innych wydarzeń dołożyłem ten temat na bok. Po paru miesiącach jednak wróciłem do postanowienia I jak ujęła moja Pani Psycholog, wybrałem miesiąc handry jesiennej kiedy wielu ludzi odczuwa stany depresyjne. 

   Nie wnikając w szczegóły przebiegu spotkań, chcę Wam powiedzieć, że moje ostatnie spotkanie twarzą w twarz miałem w czerwcu, kiedy sądziłem, że naprawdę proces mojej pracy się zakończył.  Jednak doświadczanie, kształtowanie charakteru i poznawanie samego siebie nigdy się nie kończy. Nie oznacza to, że w ciągu całego życia planuję spotykać się z terapeutą jednak teraz wiem, że ostatnia moja rozmowa online dużo mi pomogła. 

   Szanuję ludzi, którzy uznają psychologię za kpiny, rolę terapeuty przypisują przyjacielowi, I nie odczuwają potrzeby korzystania z takich usług. Nie dajcie jednak wmòwić, że to co dla kogoś jest niepotrzebne, nie posłuży również wam. Każdy jest inny, ma inną wrażliwość i poziom prostoty myślenia. 

   Uważam, że psycholog może być szczególnie pomocy osobom niepełnosprawnym, w tym wypadku mówię o słabowidzących oraz niewidomych. Ukończenie szkoły specjalnej, wymaganie się z zupełnie innymi wyzwaniami dnia codziennego daje dodatkowe obciążenie psychiczne dla przykładowego licealisty otaczającego w życie dorosłych. Ja sam, cały czas uczę się mówić o swoich potrzebach, walczyć o swoje prawa, równe szanse, warunki do pracy i zrozumienie. EVS to kolejny sprawdzian mojej wytrzymałości o którym opowiem Wam innym razem. Sama terapia pozwoliła mi poruszyć takie aspekty żýcia, o których z nikim innym bym nie porozmawiał bo wydają się one być oczywiste dla osób dobrze widzących. Myślę tu chociażby o kwestii komunikacji i utrzymywania pewnego dystansu fizycznego z rozmówcą. Aspekt utrzymywania przestrzeni osobistej nie jest oczywisty dla osób które przybliżają się do rozmówców nie dla kontaktu wzrokowego, lecz mu dostrzeżenia chociażby uśmiechu. Ten temat rozwinę w moim następnym wpisie ;)

   Dziękuję Wam za uwagę I gorąco zachęcam do udostępniania tego artykułu, by mógł on zainspirować kogoś, kto waha się przed pójściem do psychologa.
Nie bójmy się tego. Mówmy o tym, bo to nie wstyd, a być może najważniejsza inwestycja w naszym życiu!

   Piszcie proszę o Waszych doświadczeniach. Czekam na komentarze.

   Do następnego!

czwartek, 23 sierpnia 2018

Różowy podkoszulek w klasztornej celi

   Zapach czosnku, oliwy, pomidorów I pokrojonego melona. Głośne brzmienie dubstepu I przebijający się głos szefa kuchni mówiącego do mnie po włosku. Słucham go  dynamicznie ścierając ser nad ogromną brytfanną wypełnioną warstwami grillowanej cukinii, szynki prosciutto oraz sosu pomidorowego. Witamy w klasztornej kuchni na wymianie młodzieży w Perugii.
   
   Zaraz! Jak to w klasztorze?

   Tym prawdopodobnie jest miejsce znajdujące się na wzgórzu w mieście słynącym z uniwersytetu dla obcokrajowców. Małe pokoje z drewnianymi oknami, niektóre  wyposażone w biblioteczki składającą się z Biblii w różnych wydaniach. Korytarz wykończony łukami I wszędzie porozwieszane  ikony lub zdjęcia relacjonujące wizytę papieża. Hitem jest tzw. activity room, czyli miejsce w którym odbywają się niektóre zajęcia oraz występy uczestników projektu. Jest to miejsce z pozoru przypominające kaplicę. Wyciemnione z krzyżem po środku, a także z amboną i figurą Maryi. Zniszczone freski na ścianach i galeria po bokach, wyjaśniająca funkcję tego miejsca. Półki wypełnione książkami oraz czasopismami religijnymi- klasztorna biblioteka. Podobno do tego miejsca przybywają nażeczeni aby pokontemplować znaczenie małżeństwa. 

   Obecnie jednak trudno mówić o medytacji, chyba że zalicza się do niej blancik w przerwie między przygotowywaniem posiłków. 

   - Co studiujesz? - pytam mnie kucharz, sięgający mi do ramienia, krótko obcięty z lekkim siwymi przebłyskami na czuprynie.

   -La lingua e letteratura italiana
Mężczyzna otwiera szeroko oczy i zaczyna się śmiać.

   -Nawet ja nie znam się na tym. Po co Polak studiuję kulturę Włoch? Przez dwa tygodnie poznasz w tej kuchni całą włoską kulturę.
Następnie gestykulując pokazuje, że chyba z braku pomysłu po pijaku wybrałem kierunek studiów.

   Obecnie siedzę pod obcym hotelem, łapiąc tutejsze wifi.  Dochodzę do wniosku, że od mojego przyjazdu na wolontariat minęło 16 dni. Przez ten czas uczę się adaptować do nowych warunków I prawdziwych różnic kulturowych. W końcu mieszkam pod jednym zdachem z ludźmi z różnych stron świata. Współpraca przy jednym filmie z dziewczyną, która nie odpuszcza I twierdzi, że nie potrafi powiedzieć "kocham". Współlokator z grzybicą stóp, rzadziej zmieniający ubrania, czy finalnie wspólna lodówka, a co za tym idzie, konflikt wynikający z niepodpisanego sera, który w skutek nieoznaczenia zniknął po jednej nocy.

   Ciekawym jest również obserwowanie kraju z perspektywy "obcego", znającego w praktyce język kraju, w którym mieszka. W  małomiasteczkowej Norcii spotkałem wiele spojrzeń w sklepach, szczególnie od osób starszych, które wykazywały zainteresowanie niczym programem przyrodniczym na Animal Planet. Czasem usłyszałem pytania skierowane do moich włoskich kolegów:

   -kim jest ten wysoki?
Warto widzieć zawstydzenie takich ludzi, kiedy słyszą.

   - To Polak. Dobrze mówi po włosku

   Dziwiło mnie, jak często pokazaliśmy na uczelni temat stereotypów oraz uprzedzeń. Parę lat temu, nie znając dobrze mieszkańców Półwyspu Apenińskiego sądziłem, że to niezwykle otwarta i ciepła nacja. Kto nie lubi typowego Włocha, melodyjne paplającego na środku ulicy? Nie wspomnę już o rozbudowanej gestykulacji. Mimo wszystko, nie są to ludzie o szczególnie otwartym umyśle. 
   Doświadczyłem tego, pomagając pewnego razu przy zagarnianiu piasku z placu św. Benedykta, po pokazie akrobatyki konnej. Byłem wtędy ubrany w różowy t-shirt. Jeden z robotnikòw dwukrotnie pokazywał mi, jak powinien machać łopatą, mimo iż nieodbiegałem specjalnie od reszty. Za trzecim razem zwrócił się do mnie słowem "Finocchio" co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "koper", lecz kulturowo jest również odpowiednikiem polskiego "pedała". Z taką postawą można spotkać się nawet w kraju powszechnie uważany za otwarty, jednak tym bardziej taka sytuacja boli, jeśli oferujecie pomoc przy pracy fizycznej zupełnie za free. 
   Podsumowując moje dotychczasowe doświadczenia: decydując się na tego typu przygodę, jak i każdą inną, trzeba wyzbyć się oczekiwań. Dzięki temu nie możecie poczuć się zawiedzeni, a łatwiej jest przywyknąć do nowych warunków. Staram się nie oceniać, a obserwować, by móc lepiej zrozumieć co kryje się za opadami zielska, kolejnym kieliszkiem wina, czy przebiegniętym maratonem.

   Pozdrawiam z Perugi

   Do następnego!

środa, 15 sierpnia 2018

Buon Ferragosto!

Piszę po raz pierwszy od dawna używając jedynie telefonu, w oczekiwaniu na wolną łazienkę. Przede mną rozpościera się korytarz łudząco podobny do szpitalnego. Zielonkawo- szara podłoga, białe plastikowe ściany i sufit spod którego widać szerokie jażeniowe lampy. Kilka pojedyńczych, plastikowych, niebieskich krzeseł i szerokie, do połowy przeszklone drzwi, które co prawda nie prowadzą do sal pełnych pacjentów, lecz do pralni, pryszniców, toalet, czy też pokoju dziennego. Dookoła na tle szarości wyróżniają się papierowe dekoracje.

W tym momencie przechodzi koło mnie pokaźnej postury elegancko ubrana Włoszka. Pani w średnim wieku, krótko obcięta, w makijażu, który zdecydowanie jest odświętny. - Buon Ferragosto! - wołam z uśmiechem, na co kobieta odpowiada tymi samymi słowami dodając: - Baci!
Podchodzi i wymieniamy się dwoma całusami w policzki. To jej dom, jeśli tak można nazwać kontener, w którym zgromadzono ok. 40 osób. W całym kompleksie mieszka ponad 60 mieszkańców Norci oraz wolontariusze z programu EVS. Wszystko za przyczyną trzęsienia ziemi, które w niewielkiej miejscowości w regionie Umbria, położonym w centralnej części Włoch, dorobek wielu obrócił w pył i gruz. Miejsce znane z bazyliki św. Benedykta i najlepszej dziczyzny.

                                         
Marina, bowiem tak ma na imię Włoszka, z którą wymieniłem się buziakami, przeżyła w swoim życiu 3 tego typu kataklizmy. I z pewnością może uchodzić za lokalną bohaterkę. To ona od samego początku istnienia tymczasowych domów łagodziła konflikty między rodzinami. Dzień wcześniej opowiedziała nam o tym, opisując kataklizm z 2016 r i to co się wydarzyło po nim.



Przyjechałem tu, by przez 8 miesięcy pracować, jako wolontariusz dla stowarzyszenia KORA. Głównym moim zadaniem ma być relacjonowanie działań i dokumentowanie ich w formie video. Jestem w trakcie szkolenia z montażu i operatorki. Wiele rzeczy odkrywam, inne wiem, a pozostałych nie widzę. Ten wyjazd już jest trudny, a jednocześnie owocny w tematy godne poruszenia. Nie każde przyjemne doświadczenie musi być dla nas wartościowe, a nieraz te pokryte bólem, potem i krwią są najbardziej kształtujące. Dziś w Polsce obchodzimy Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, a tu, we Włoszech również Ferragosto, czyli pogańskie święto nazwane na cześć cesarza Augusta, celebrowane w związku z zakończeniem zbiorów. Wiąże się ono z zabawą i dniem wolnym. Przekonam się jak w Norci jest ono obchodzone, ale nim to nastąpi chcę pójść na mszę... to nic, że tu wszystkie kościoły są zawalone. Bycie zagranicą budzi we mnie silną chęć celebrowania święta, którego lokalni nie rozumieją. Chodząc do kościoła staję się bardziej egzotyczny, niż nosząc różowy podkoszulek, o czym opowiem wam w kolejnym poście...
Do następnego!
BUON FERRAGOSTO!








wtorek, 24 lipca 2018

NIEWIDOMI TEŻ MOGĄ STUDIOWAĆ ZAGRANICĄ! Wywiad z Moniką Dubiel


Zapraszam Was do drugiej części wywiadu z Moniką Dubiel, którą zapytałem o doświadczenia związane z wymianami studenckimi zagranicą. Jak to wygląda z perspektywy osoby niewidomej?



Gdzie byłaś na Erasmusie z uczelni?

Na samym Erasmusie byłam tylko w Hiszpanii, Portugalii i na praktykach we Włoszech, a na wymianach bilateralnych w Rosji i w Stanach zjednoczonych.

Jak niewidomy może samodzielnie tak po prostu wyjechać do innego kraju, studiować, dogadywać się z uczelnią, zdobywać nowych przyjaciół, ogarniać kwestie żywieniowe i mieszkaniowe? Jak to zrobiłaś?

To było stopniowe. To był jakiś efekt mojego usamodzielniania się. Tego, Że zdecydowałam się wyjechać do Warszawy na studia. To był dla mnie taki duży krok… że musiałam nagle sama zacząć się poruszać po obcym mieście, wiele rzeczy sobie załatwiać na uczelni, czy takie życiowe sprawy, typu zrobienie zakupów itd. No i po dwóch latach takiego samodzielnego życia w Warszawie stwierdziłam: no dobrze, to nie jest takie trudne, więc teraz kolejnym krokiem będzie wyjazd zagraniczny.

Przed rozpoczęciem studiów moim marzeniem był wyjazd do Barcelony i postanowiłam, że pojadę na Erasmusa właśnie tam, zasadniczo, w momencie kiedy się dostałam na studia. No i dopiero po jakimś czasie do tej decyzji dojrzałam. To był rok 2009 jak tam pojechałam. Składając podanie o wyjazd musiałam zaznaczyć, że jestem osobą niewidomą, bo tamta uczelnia musiała jakby na to się zgodzić. Musieli przyjąć do wiadomości, że student, który potencjalnie do nich przyjedzie, jest studentem z niepełnosprawnością i oni są w stanie zapewnić takie same warunki do nauki jak całej reszcie. No i oczywiście wyrazili zgodę, wiec oni o tym wiedzieli.

I w praktyce?

  


I w praktyce wyglądało to tak, że niestety było Inaczej, niż w Polsce, bo ja byłam trochę przyzwyczajona do standardu Uniwersytetu Warszawskiego, który dba o studentów z niepełnosprawnością na bardzo wysokim poziomie. To znaczy, tutaj jest cała pracownia komputerowa przeznaczona dla osób z niepełnosprawnością wzroku. Osoby przychodzące na studia mogą np. wypożyczyć sprzęt na cały rok, czy komputer, czy skaner, czy notatnik- cokolwiek.  Mogą też zgłaszać zapotrzebowanie na materiały np. że potrzebują przeczytać taką i taką książkę i wtedy ten materiał jest adaptowany w taki sposób, jaki oni potrzebują: jest skanowany, albo drukowany w braillle’u, albo nagrywany.

No i myślałam, że gdzie jak gdzie, ale na zachodzie będzie jeszcze lepiej. Więc okazało się, że nie do końca. Jest bardzo rozbudowana działalność hiszpańskiego związku niewidomych i oni faktycznie dużo robią, dużo zapewniają, no ale tylko członkom tego związku, czyli Hiszpanom. Więc uczelnia ze swojej strony nie oferuje właściwie nic. Wszystko zapewnia związek niewidomych, więc jak jest student, który nie jest Hiszpanem to ma problem. Udało mi się wynegocjować w tym związku niewidomych kilka godzin orientacji przestrzennej z instruktorką, natomiast z pozyskiwaniem materiałów był problem. Nie udało mi się osiągnąć tego, żeby np. gdzieś mi podręczniki skanowali. Na szczęście udało mi się dogadać z prowadzącymi wykłady, bo tam bardzo powszechną praktyką było wyświetlanie slajdów w czasie wykładów. I udało mi się z nimi dogadać, żeby mi te slajdy udostępnili, ale też nie wszyscy. Niektórzy powiedzieli, że nie, bo jest to ich własność intelektualna i że oni nie mogą tego udostępniać.

Na szczęście w Hiszpanii jest też trochę inny system oceniania, niż u nas. Nie jest tak, że po semestrze zajęć jest egzamin i ocena. Ta ocena jest wypadkową trzech, czterech rzeczy. Z czego tylko jedną z nich jest egzamin. Jest aktywność na zajęciach, jakiś projekt, który trzeba zrobić. Często nawet nie było egzaminów, tylko same te projekty, więc to nie było aż tak problematyczne.

Czyli można by podsumować, że zderzyłaś się trochę z taką smutniejszą rzeczywistością?

Tak, nie było to takie łatwe.

A w przypadku innych wyjazdów? Tak, żeby zarysować, jak to może wyglądać, bo wiadomo, nie można się opierać tylko na jednej uczelni.

No jasne! W Portugali z kolei pod tym względem było dużo lepiej. Tam nie miałam orientacji przestrzennej, ale jeżeli chodzi o przygotowanie materiałów, to było podobnie jak w Warszawie, czyli ja zgłaszałam co potrzebuję, musiałam im przynieść te materiały, a oni mi  je faktycznie systematycznie skanowali i przesyłali.

W Rosji… no to… nie było nic z takich rzeczy. Natomiast tam głównie chodziłam na zajęcia z literatury- Na szczęście! Więc korzystałam z wiedzy pozyskiwanej na wykładach, a reszta to były po prostu książki, które trzeba było samemu przeczytać: powieści, wiersze, no więc to mogłam bez problemu przeczytać we własnym zakresie.

W Rosji z resztą jest ten plus, że tam mnóstwo podręczników, dużo więcej niż u nas, po prostu krąży w Internecie. Nasz Chomik przy tym, co tam jest, to jest mały pikuś. Tam co prawda, nikt mi tych podręczników nie przygotowywał, ale byłam w stanie praktycznie wszystkie znaleźć w Internecie.

Najbardziej dziwny system był w Stanach. Nie zdecydowałam się z niego skorzystać, bo w Stanach studenci zobowiązani są do kupowania podręczników. Nie mogą kserować. Nie mogą też za bardzo pożyczać z biblioteki. Jest wypożyczalnia podręczników, ale to też jest płatne. Na tej uczelni, gdzie byłam, jest biuro gdzie można było przynieść te książki, żeby oni je zeskanowali… ale oni te książki niszczyli. Rozcinali je i wrzucali luźne kartki. Podejrzewam, że po prostu mieli „podajnik”. Chodziło o to, żeby człowiek nie musiał stać i przekładać kartek, tylko żeby wrzucić stos papieru i żeby skaner go sobie przekładał. Tylko to się wiązało z tym, że taka książka się potem nie nadawała do użytku, więc jak ja bym kupiła książkę za 20 czy 50 dolarów, bo takie tam są ceny podręczników, to nie byłabym w stanie jej później sprzedać. A nie mogłam skorzystać z tej wypożyczalni uniwersyteckiej, bo tam trzeba było zwrócić książki w nienaruszonym stanie, więc zrezygnowałam z tego. Na szczęście udało mi się jakoś przebrnąć przez te zajęcia, bo tak naprawdę tylko na jednych zajęciach był potrzebny podręcznik.
       
   Prawda też jest taka, że na większość z tych wyjazdów: do Hiszpanii, do Włoch na początku pojechała ze mną moja mama i spędziła tam ze mną tydzień, więc też ona mi trochę pomagała w orientacji przestrzennej.

No właśnie bardzo mnie to interesowało, jak można pojechać do obcego kraju i „Hello! Bawmy się w szukanie uniwersytetu, mieszkania itp.”?

Nie no, mieszkanie zawsze miałam znalezione wcześniej jakoś tam przez Internet. W Hiszpanii to był akademik. No więc do Hiszpanii i do Włoch przyjechała ze mną moja mama i mi trochę pomogła. Do Portugalii pojechał ze mną, wtedy mój ówczesny chłopak. W Rosji było tak, że leciał jeszcze jeden chłopak ode mnie z uczelni na tą samą wymianę. On mi służył wsparciem, ale też była taka pani profesor, która koordynowała tą całą wymianą polsko- rosyjską. Polka z pochodzenia, mówiąca po polsku,  znalazła mi zaraz dwie studentki, które mi pomogły, które chciały się uczyć polskiego, więc ja je trochę uczyłam języka, a one mi trochę pomagały i taka to była wymiana.

No i w stanach z kolei jest taki system, że wszyscy studenci, którzy przyjeżdżają z zagranicy, dostają miejscowego studenta, który jest w stanie wprowadzić w meandry życia akademickiego.  Pokazać co, gdzie, jak itd. Mi się akurat trafiła bardzo fajna dziewczyna i bardzo dużo czasu spędzałyśmy razem, więc ona na początku pokazała mi co gdzie jest.

Jak się czułaś w czasie tych wszystkich wyjazdów? Czy nie czułaś się samotnie? Bo jednak jest to spore wyzwanie, wyjechać, zostawić wszystkich swoich przyjaciół. Jasne! Możesz tam poznać nowych, ale jednak będąc osobą niewidomą jest to utrudnione. Jakie miałaś do tego podejście?

Jest to faktycznie problem. Na pewno w przypadku osób niewidomych ten proces pozyskiwania znajomych jest dłuższy. W sytuacji, kiedy przyjeżdżasz na Erasmusa na parę miesięcy i jesteś niewidomy trwa to dłużej, bo jednak osoby pełnosprawne po prostu mogą same wyjść na imprezę jedną, drugą erasmusową i poznać jakichś ludzi. Ja się nigdy nie odważyłam pójść totalnie sama, więc zawsze się podpytywałam znajomych, czy ktoś idzie i wtedy ewentualnie z nimi wychodziłam.

Wychodziłam dużo, bo akurat w Hiszpanii tak się udało, że zapisałam się na początku na kurs katalońskiego, bo w Barcelonie mówi się po katalońsku. Był bezpłatny kurs dla osób, które przyjechały tam na studia. Nie byli to tylko erasmusi, ale było też sporo osób z Ameryki Południowej albo z innych części Hiszpanii. Dzięki temu poznałam bardzo dużo ludzi hiszpańskojęzycznych. Bo na tym mi głównie zależało, jadąc do Hiszpanii, żeby ćwiczyć hiszpański.  I tam nawiązałam pierwsze i właściwie najważniejsze znajomości, które przetrwały przez całego mojego Erasmusa. Tam taką paczkę żeśmy stworzyli i wyjeżdżaliśmy razem na wycieczki, chodziliśmy na imprezy. I też dzięki nim bardzo dużo zwiedziłam, bo też byli zainteresowani zwiedzaniem, a nie tylko chodzeniem do barów.

Czym według Ciebie jest w praktyce Erasmus lub tego rodzaju wymiany zagraniczne?

Dla osoby niewidomej, czy tak w ogóle?

Dla niewidomej i dla ciebie. Bo wiesz, ja też już mam takie doświadczenia z rozmów ze znajomymi i domyślam się, że Erasmus nie jest stricte dla rozwoju naukowego, bo jednak są różnice programowe itp. Itd.  Więc czym to było dla ciebie?

Dla mnie przede wszystkim wybór kierunku wyjazdu był związany z językiem. To zawsze były miejsca, gdzie chciałam jechać, żeby ćwiczyć język… kolejny, którego akurat miałam fantazję zacząć się uczyć. Więc najpierw Hiszpania, potem Włochy, Rosja, Portugalia… no Stany to wiadomo, angielski znałam wcześniej, ale akurat pojawiła się taka możliwość, żeby pojechać do Stanów…  Stany akurat zawsze mnie fascynowały, bo to jest takie trochę dla nas w Polsce, może nawet w Europie, mityczne miejsce. Jesteśmy wychowani praktycznie na tej amerykańskiej kulturze: oglądamy filmy, seriale, książki i stwarzamy sobie taką wizję tego, jak tam jest. Chciałam zobaczyć jak tam jest naprawdę. A te wszystkie inne miejsca to był język i to zawsze był mój priorytet, żeby nie być z Erasmusami innymi, tylko właśnie z ludźmi mówiącymi w tym konkretnym języku.

Po drugie, czym okazał sie dla mnie Erasmus, zwłaszcza ten pierwszy, w Hiszpanii, bo on był najdłuższy, to kolejny krok do samodzielności, bo np. w Hiszpanii po raz pierwszy musiałam gdzieś samodzielnie polecieć samolotem. W Polsce zdarzyło mi się latać, ale zawsze było tak, że ktoś mnie na lotnisko odprowadzał, a potem ktoś mnie na lotnisku odbierał. A w Barcelonie musiałam dostać się do Madrytu i później z lotniska w Madrycie dotrzeć do mojej koleżanki.

I jak to się sprawdza? Bo sam ostatnio o tym mówiłem, że np. na lotnisku w Ukrainie otrzymałem asystenta osoby niepełnosprawnej, który nie mówił po angielsku i pokazywał mi na zegarku godzinę, zakładając, że ją zobaczę.

To ja tak miałam, jak po raz pierwszy z Hiszpanii leciałam do Włoch. Też okazało się, że mój asystent nie zna angielskiego, ale że on mówił po włosku, a ja po hiszpańsku to jakoś żeśmy się dogadali. No ale asysta jest dopiero niestety przy check in’ie, musisz sam się dostać na to lotnisko, dojść do okienka i powiedzieć „Hello! Potrzebuję asystę!”. Więc za pierwszym razem to było dla mnie dosyć trudne. Po wyjściu z pociągu, pytałam ludzi „Przepraszam, którędy do hali głównej?” a oni mnie kierowali. Oczywiście łatwiej jest na mniejszych lotniskach. Hiszpania ma taką specyfikę, że jest dużo tych mniejszych lotnisk, które są intuicyjne, w przeciwieństwie do tego np. w Barcelonie.

I jeszcze jedna rzecz, którą był dla mnie Erasmus, to poszerzenie horyzontów, nie tyle naukowych, co życiowych, światopoglądowych, bo wtedy po raz pierwszy miałam przyjaciół z Ameryki Południowej, z Afryki i to było takie normalne. Ludzie byli z takich krajów, że nie potrafiłabym ich nawet wskazać na mapie np. Togo. Doświadczenie multikulturowości. W Polsce, zwłaszcza 10 lat temu, takiej multikulturowości nie było.

Czy mogłabyś dać jakieś rady osobie, która zdecydowałaby się na Erasmusa?

Na pewno, żeby nawiązała kontakt z uczelnią i żeby dowiedziała się, czy ta uczelnia w jakikolwiek sposób zapewnia wsparcie osobom niepełnosprawnym. Na pewno im większy uniwersytet, tym o takie rzeczy łatwiej. Decydując się na Erasmusa, mamy pewną listę uczelni na które możemy pojechać, więc warto odwiedzić stronę internetową każdej z nich. Są też giełdy erasmusowe, na których możemy porozmawiać z osobami, które już były na takim wyjeździe. Można też skontaktować się na swojej uczelni z biurem osób niepełnosprawnych, zapytać, czy wcześniej osoby niewidome gdzieś wyjeżdżały, a jeśli tak, to gdzie, poprosić o kontakt do tych osób.

Czy ty coś takiego zrobiłaś?

Nie, bo ja byłam pierwszą osobą niewidomą, która pojechała na Erasmusa, ale potem zwracały się do mnie takie osoby. Pani z biura poprosiła mnie, czy może przekazać mój kontakt i zgłaszały się do mnie osoby również spoza mojej uczelni.    

Dzięki Wielkie za uwagę. Gdybyście chcieli się czegoś dowiedzieć w temacie wyjazdów na wymiany zagraniczne, piszcie pytania w komentarzu, a być może pojawi się jeszcze jakiś materiał z Moniką Dubiel.

Gdybyście byli zainteresowani pierwszą częścią wywiadu w formie video, zapraszam na kanał YouTube: Słabowidzący, gdzie Monika dzieli się swoimi wrażeniami z wyjazdów autostopem.:




Do następnego!


    


niedziela, 15 lipca 2018

Dostępność LONDYNU i RZYMU


   Witam Was w wakacyjnym klimacie podróży! Tym razem chciałbym podzielić się z Wami moimi doświadczeniami dotyczącymi dostępności Londynu dla osób niepełnosprawnych wzrokowo, porównując to miasto do Rzymu.

   Czemu akurat te dwa miasta?


   Pierwsze z nich miałem przyjemność zwiedzić w ostatni weekend majowy, a drugim cieszyłem się aż tydzień, w zorganizowanej grupie z uczelni.  Od czasów wyjazdu do Turcji zacząłem o wiele uważniej obserwować miasta turystyczne pod kątem infrastruktury oraz ułatwień komunikacyjnych, czy muzealnych. Ten temat mnie fascynuje, dlatego że zazwyczaj nie używam białej laski i nie posiadam żadnej międzynarodowej legitymacji osoby niepełnosprawnej wzrokowo, a więc niejednokrotnie możliwość uzyskania pomocy leży w dobrej woli napotkanych ludzi.

   Londyn

   Miasto, które pomimo swojego specyficznego klimatu zachwyciło mnie absolutnie, bo po raz pierwszy widziałem to samo, co na filmach i pocztówkach. Prostota a jednocześnie klasa w stylu budownictwa i w ludziach - tłumach przelewających się liniami metra oraz ulicami spomiędzy szklanych korpo- domów.

   11 linii metra
    Łatwo sobie wyobrazić, jak wielkim wyzwaniem może być podróż dla osoby niewidomej. Brytyjskie metro jest niejednokrotnie wąskie i trudne do przejścia dla osób widzących. Na szczęście jest ono wyposażone w sztab ludzi, stojących przy bramkach i pomagających turystom oraz osobom niewidzącym, co miałem okazję zaobserwować. Niesamowity atut! Już pierwszego dnia pobytu w Londynie doświadczyłem takiej pomocy, od Pani, która pomogła mnie i mojej rodzinie zakupić bilety na przejazd i odpowiednio pokierowała.

   W Rzymie zaobserwowałem jedynie karabinierów i nie umiem określić, czy oprócz trzymania broni, potrafią oni przeprowadzić niewidomego, jednak rzymskie metro posiada szlaki i wyraźne oznaczenia linii metra w różnych kolorach, a wiec dla osoby słabo widzącej, po krótkiej adaptacji, metro to, może być całkiem przystępne.  

   Bilety

   Jako biedny student, nie miałem oporu by pytać o zniżki dla osoby niepełnosprawnej, co opłaciło się niesamowicie. Koszt wejścia do Opactwa Westminsterskiego wynosi 17 euro za osobę. Taka informacja po godzinnym czekaniu na deszczu może ściąć z nóg. Jednak po krótkiej rozmowie i pokazaniu, co dziwne, polskiej legitymacji osoby niepełnosprawnej weszliśmy w trzy osoby na jeden bilet normalny, czyli zamiast zapłacić 51 euro, wydaliśmy 17. W ramach biletu przysługuje Wam audio przewodnik, lecz niestety nie pamiętam, aby była możliwość otrzymania audiodeskrypcji w języku polskim.

   British Museum, pomimo darmowego wstępu udostępnia audio przewodniki za opłatą, a audiodeskrybcję jedynie w języku angielskim. Udało mi się ją wypróbować, choć musiałem tłumaczyć, na czym polegają moje problemy wzrokowe, bo pan za ladą nie uznawał mnie za „visually impaired”.

   National Gallery to miejsce przepełnione dziełami wizualnymi i nawet dla osoby widzącej niemożliwym jest zobaczenie wszystkiego na raz. Podobnie to działa w przypadku audiodeskrybcji. Jest ona dostępna za darmo, lecz nie obejmuje wszystkich obiektów i pani zajmująca się jej udostępnianiem, zaoferowała mi najpierw zorientowanie się, która część wystawy mnie interesuje, aby później umówić się na następny dzień. Miałem otrzymać przygotowane opisy do interesujących mnie obiektów. Niestety z braku czasu, nie skorzystałem z tego.

   Najprzyjemniejszym zaskoczeniem była możliwość darmowego wejście do katedry św. Piotra, która jest droga, lecz warta zobaczenia, choćby dla widoków z wieży. Budynek wyposażony jest w windę dla osób starszych oraz na wózkach. Winda jest strzeżona, a wiec przeciętny śmiertelnik nie może z niej skorzystać.

   Na tle tych superlatyw dość krótko potrafię opisać Rzym.

   Rzym


   Byłem we wszystkich najważniejszych miejscach tego miasta i nie zawsze mogłem liczyć na zniżkę z tytułu bycie niepełnosprawnym. O tyle miałem komfortową sytuację, ze podróżowałem z uczelni, jako student historii sztuki, a więc do wielu obiektów wchodziłem za darmo. Włosi, pomimo swojej światowej opinii wyluzowanych, są paradoksalnie spięci, kiedy chodzi o zwiedzanie ich dorobku kultury. Audiodeskrybcja występuje tam o wiele rzadziej, choć Watykan prawdopodobnie z tytułu Jana Pawła ll jest przygotowany na polskich turystów.


   A jakie są Wasze doświadczenia związane z tymi dwiema stolicami Europy? Piszcie koniecznie, bo być może komuś te informacje pozwolą przygotować się na wspaniałą wyprawę. Może znacie inne ciekawe miasta, otwarte na osoby z problemami wzrokowymi?

   Do następnego!