piątek, 30 grudnia 2016

Koniec roku! Gdyby ktoś nie zauważył ;)


   Od 13. czerwca br. udało mi się napisać 25 wpisów, a sam blog wyświetlono 5761 razy. Najwięcej jego odbiorców jest oczywiście w Polsce, a następnie w USA oraz we Francji. Najczęściej przez Was czytanym wpisem jest „Aborcja- sposób na inwalidów”. „Słabo widzący- dobrze myślący!” to pierwsza moja działalność w internecie, która okazała się dla mnie sukcesem, bo w czasie jego tworzenia doświadczyłem wielu dyskusji poruszonych moimi wypowiedziami, wsparcie ze strony osób, które obserwują moje działania, zdobyłem mnóstwo przydatnej wiedzy i poznałem czytelników nie należących wcześniej do mojego grona znajomych. W tym miejscu za to wszystko chcę napisać- DZIĘKUJĘ!

   Z okazji Nowego Roku chciałbym pogratulować wszystkim moim Czytelnikom, gdyż przeżyliście kolejny rok! Może się to wydawać nieco głupie, ale uważam, że życie to pierwsza rzecz, za którą warto być wdzięcznym. Istotniejszą sprawą jest, jak wykorzystujemy nasz czas. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z minionego roku.

      Postanowienia  PODZIĘKOWANIA

   Tradycją jest, aby tego dnia zapisywać swoje postanowienia na nadchodzący rok. Niektórzy również dzisiaj sprawdzają, co udało im się zrealizować z poprzedniej listy. Osobiście mogę się pochwalić nieco ponad połową osiągniętych celów. Jednak często nie doceniamy tego, jak wiele się wydarzyło w trakcie tych 365 dni, dlatego chciałbym Was zachęcić abyście przeanalizowali na spokojnie, co pozytywnego zadziało się Wam i za co powinniście być wdzięczni. Myślę, że to niektórym może poprawić nastrój, bo nie raz w pogoni za marzeniami zapominamy podziękować, za dobro, które otrzymaliśmy.

   Kończąc, życzę Wam, aby nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego, obfity w pozytywne doświadczenia, które sprawią, że będziecie dla siebie oraz dla innych jeszcze lepszymi ludźmi. Osiągnijcie swoje noworoczne cele i podbijajcie szczyty!

   A ja mogę Wam obiecać, że Nowy Rok z pewnością przyniesie dużo świeżości na moim blogu. Już w styczniu wspólnie popracujemy nad tym, jak wbić na rynek pracy i osiągnąć sukces ;)

   Do zobaczenia!


środa, 28 grudnia 2016

SESJA! MATURA! Jak skutecznie ogarnąć temat?

   Święta, prezenty, karpik i wspólne lepienie bałwana…. No, z tym ostatnim trzeba będzie poczekać do Wielkanocy ;) 

   To już się skończyło Mili Państwo! 

   - A co przed nami?

   - Sylwester!

   - Gucio! SESJA, albo MATURA ZA NIECAŁE PÓŁ ROKU!!!


   Dzisiejszy wpis tworzę na kofeinie, tuż po uczeniu się na pamięć słówek z języka włoskiego. 

   Kujon?

   Być może, ale kierunek tego wymaga! Idąc na filologię włoską, nie przypuszczałem, że będę potrafił uczyć się regularnie naprawdę sporych partii materiału, ale jak się przekonałem można! Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na naukę, aby łatwiej Wam poszło z przygotowaniem do zbliżających się egzaminów. 

   Bo wiadomo- ściąganie na dłuższa metę nie popłaca… A raczej, jak jest się ślepym, to rudno o wybory moralne, bo są sytuacje w których nie można przyłożyć sobie kartki do twarzy, czy odpalić nagrania na słuchawce…

   ZAPLANUJ SWOJĄ NAUKĘ

   Kiedyś pisałem Wam o planowaniu swojego dnia, rozpisywania celów itp. To samo polecam w przypadku nauki. Dobrze jest uświadomić sobie, jaki materiał powinniśmy opanować w danym okresie i ile będziemy potrzebowali godzin na przyswojenie tej wiedzy. Nie mówię, że od razu uda Wam się stworzyć idealny harmonogram pracy, bo nie zawsze będziecie czuli flow na naukę danego przedmiotu, lub życie w inny sposób zweryfikuje Wasze plany. Jednak przekonacie się, że takie uporządkowanie pewnych celów pomoże Wam w lepszej organizacji i odejmie sporo stresu związanego z tym, co jeszcze powinniście zrobić. Lepiej poświęcić pół godziny na uporządkowanie myśli, niż marnować całe dnie na rozpaczanie. 

   Jeszcze lepszą metodą jest ustalenie harmonogramu pracy na dany dzień. Najlepiej to zrobić w poprzedzający wieczór.  Oszacujcie ile możecie poświęcić czasu na daną czynność i zapiszcie to. 

   Nie zapomnijcie uwzględnić w tym posiłków, małych przerw oraz jakiegoś urozmaicenia typu wysiłek sportowy. To szczególnie ważne w tym najbardziej intensywnym okresie przygotowawczym do egzaminu. Jeśli nie zadbacie o higienę Waszej egzystencji, Wasz mózg się usmaży, wyparuje, weźmie urlop na żądanie. A tego nie chcecie, co?

   ZABAWA W FISZUNIE

   Metodą starą jak świat, jest robienie fiszek. Szczególnie sprawdzają się one przy nauce obcojęzycznych słówek, lecz na spokojnie można na nich wypisać pojęcia i definicje z każdej dziedziny nauki. 

   Polecam formę papierową, choć równie ciekawą metodą jest korzystanie z aplikacji Quizlet. Ludzie uczę się na niej głównie języków obcych, lecz można ją także wykorzystać do nauki czegoś innego. Polega to na tym, że wypisujecie dane pojęcia oraz definicje, a następnie przeglądacie własne fiszki losowo, tworzycie z nich gry oraz rozwiązujecie testy sprawdzające Waszą wiedzę na kilka sposobów. 

   JAK SKUTECZNIE KORZYSTAĆ Z FISZEK?

   Częstym błędem ludzi jest uczenie się danej partii materiału na raz, co o wiele bardziej utrudnia przyswojenie wiedzy. Osobiście praktykuje zasadę 10 fiszek, 3 razy w jedną stronę, 2 razy w drugą, teścik, selekcja i kolejna dziesiątka.

   Czyli…

   - Wybieram 10 pojęć, na które po kolei odpowiadam, sprawdzając poprawność definicji i odkładam je po kolei na biurko, tworząc trzy kolumny. 
Następnie zbieram fiszki w losowej kolejności, aby uniknąć schematu zapamiętywania i powtarzam cały proces trzy razy.

   -Następnie dwukrotnie sprawdzam swoją wiedzę, tym razem odczytując najpierw definicję i podając do niej odpowiednie pojęcie. 
Finalnie sprawdzam raz jeszcze znajomość definicji i odkładam fiszunie, których się już nauczyłem. Jeżeli któraś jeszcze mi nie weszła, zostawiam ją i dokładam do niej kolejne tak, aby uzbierać pulę 10 pojęć.

   -Po takiej nauce warto odstawić wyuczone hasła na oddzielną kupkę i sprawdzić ich znajomość następnego dnia, dla utrwalenia wiedzy i ewentualnego douczenia. 

   EFEKT ZNIKAJĄCYCH FISZEK

   Jeśli na początku wypiszecie wszystkie wymagane pojęcia do egzaminu, to być może zrobi Wam się słabo, ale będziecie czuli niezwykłą satysfakcję z wyrzucania kolejnych wykutych definicji. Będziecie realnie widzieć ile już umiecie i ile Wam tej nauki zostało.

   Mam nadzieję, że przydadzą Wam się moje rady i czekam niecierpliwie na Wasze propozycje skutecznej nauki. Piszcie w komentarzach ;) Życzę Wam udanego Sylwestra i pozytywnie intensywnego Nowego Roku!

   Do następnego!

wtorek, 13 grudnia 2016

Gdzie szukać pomocy będąc krecikiem? #wsparcie #hajs #kulturaisport

   Niedawno doświadczyłem czegoś niezwykłego, czego mogę życzyć każdemu początkującemu blogerowi. Napisała do mnie Czytelniczka, nie będąca ze mną w żaden sposób powiązana wcześniejszą znajomością. Po raz kolejny poczułem, że to co robię ma jakiś głębszy sens, dlatego dzisiejszy wpis dedykuje właśnie jej, dziękując zarazem za inspirację do napisania kilku nadchodzących artykułów.


   Gdzie szukać pomocy będąc krecikiem?

   Istnieje mnóstwo instytucji, fundacji i stowarzyszeń udzielających wsparcia osobom niepełnosprawnym wzrokowo. Do tej pory nie wspominałem specjalnie o tych działalnościach, bo są one dla mnie czymś zwyczajnym. Nie byłem świadomy tego, jak duży wpływ na mój rozwój, miało korzystanie z ich usług. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami tą wiedza, abyście wiedzieli, gdzie możecie szukać wsparcia specjalistów, dofinansowania na sprzęty, czy rozwoju kulturalnego i sportowego z odpowiednimi przystosowaniami.

   Polski Związek Niewidomych (PZN)

   Od tego warto by zacząć! Samorządowa organizacja, której sama strona internetowa może pomóc osobie niepełnosprawnej wzrokowo, odnaleźć się w prawdopodobnie, zupełnie nowej rzeczywistości. Działa ona w całej Polsce i przez to jest też bardzo popularna. Mimo to, wielu nie ma pojęcia jak duże jest jej działanie:
1. 
         Wsparcie specjalistyczne oraz organizacja projektów, które aktywizują osoby słabo widzące i niewidome do życia społecznego, kulturalnego a także ZAWODOWEGO!

Sam brałem udział w takim projekcie, który trwał aż dwa lata i polegał ona na licznych szkoleniach aktywizujących zawodowo, jak również oferował wsparcie psychologa, darmowe pomoce optyczne, wyjścia na różne wydarzenia kulturalne, jak również darmowe kursy językowe.

   Aktualnie w Warszawie trwają zapis na jeden z takich projektów. Podrzucam Wam link:

2.    Biblioteka dla osób niewidomych

   PZN ma także swoje biblioteki, posiadające liczne zbiory tekstów w wersji audio, których nie znajdziecie w żadnym sklepie, jak również posiada książki w wersji brille’owskiej, a także w formie e-booka. Nie musicie przejmować się brakiem sprzętu, który Wam to odczyta, bo to też możecie tam wypożyczyć.


   Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PEFRON)

   Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o pieniądze! To w ramach projektów PEFRON-u możecie zdobyć dofinansowanie na sprzęt taki, jak komputer, drukarka, maszyna brille’owska, powiększalnik itp. Itd. Pokrywacie jedynie mały procent kosztów zakupu sprzętu jaki wybraliście. Musicie oczywiście obserwować, kiedy jakie projekty trwają, do kiedy są terminy składania wniosków, później pozostaje kwestia papierologi, wyboru potrzebnych urządzeń i gotowe!


   Stowarzyszenie CROSS

    Imprezy oraz zajęcia sportowe, szkolenie, projekty zmuszające do ruszenia tyłka z kanapy! W skrócie o tej organizacji.

   Chodząc do szkoły średniej i jeszcze gimnazjum brałem udział w projektach obejmujących naukę języka angielskiego oraz wyjazd letni na obóz językowo- sportowy. Moi koledzy dzięki tym działaniom zrobili certyfikaty językowe. Dodatkowo w ramach tego stowarzyszenia przeżyłem swoją przygodę z wioślarstwem- finalnie należałem do kadry narodowej. Aktualnie uczęszczam na zajęcia z tańca towarzyskiego. To co najważniejsze, te wszystkie działania są kierowane do krecików, a wiec śmiało możecie brać w nich udział! Nic nie płacicie…. No, chyba że składki, ale to nic w porównaniu do tego, jakie korzyści Wam to przyniesie ;)

   Fundacja Kultury Bez Barier

   Działająca zarówno dla osób z problemami wzroku jak i słuchu. Całoroczne wydarzenia kulturalne: pokazy filmowe, zwiedzanie wystaw, spotkania z wielkimi ludźmi. Działa na coraz większą skale w większych miastach w Polsce. Organizuje „Tygodnie Kultury Bez Barier”, czyli intensywne działania wymienione powyżej. Warta uwagi, bo stara się aby jej działania dotyczyły tego co na topie. Dostosowuje filmy będące aktualnie w kinach! Nie wszystkie, ale jednak ;)



   To co Wam napisałem, to zaledwie część informacji o możliwościach powyższych jednostek. Mam nadzieję, że pomogą one Wam w życiu i z niecierpliwie czekam na Wasze propozycje organizacji dedykowanych krecikom, które znacie i polecacie ;)


   Do następnego!    

piątek, 2 grudnia 2016

Czas wyciągnąć brudy na wierzch, czyli niechlubnie o krecikach!


   Są tematy, którym nawet kwiecista mowa nie pomoże. Nie da się ich omówić w sposób przyjemny, bo dotyczą one zachowań nieestetycznych. No ale cóż…. Postaram się w tym poście uczynić niemożliwe, możliwym…. Przynajmniej spróbuję zaaplikować bolesną prawdę, niczym pielęgniarka z czterdziestoletnim doświadczeniem… Choć i takim zdarza się nie trafić w żyłę ;)

   Nieustannie piszę o funkcjonowaniu ludzi z ograniczeniami wzrokowymi. Podaję różne patenty na życie np. jakie teksty z ust słabowidzących robią wrażenie na dziewczynach, czy o dystansie wobec spojrzeń przechodniów na ulicy. Niedawno jednak doszedłem do wnioski, że powinienem napisać o czymś, czego wielu moich znajomych nigdy nie usłyszy od osób z najbliższego otoczenia, a jeśli się kiedyś  o tym dowiedzą, to istnieje spora szansa, że w nieprzyjemnych okolicznościach.

   Doświadczenia trzeciego stopnia!
   
   Z uszkodzonym polem widzenia wiąże się problem zaburzenia poczucia własnej przestrzeni. Osoby silnie niedowidzące nie potrafią wyczuć osób znajdujących się dookoła nich. Niektórzy odczuwają potrzebą kontaktu cielesnego, co dostarcza im większego komfortu przebywania z innymi. Jest to oczywiście kłopotliwe dla tych, którzy takiego problemu nie mają, bo dla każdego przestrzeń osobista jest rzeczą świętą. Czujemy się niezręcznie, gdy ktoś  bez naszej zgody dotyka nas dalej, niż na linii pomiędzy dłonią a łokciem. Nie wspomnę już o sytuacji, kiedy ktoś w czasie rozmowy intensywnie chucha w twarz, a nie zawsze zalatuje pierwszą świeżością. Jak się niedawno dowiedziałem, sam często w czasie  konwersacji ograniczam dystans pomiędzy mną a rozmówcą, czego kompletnie nie odczuwam. Nie jest to na szczęście na aż tak skrajnym poziomie :p
   
   Grając w teatrze z moimi słabo widzącymi kolegami zaobserwowałem jak wiele pracy wymaga ćwiczenie na wypełnienie przestrzeni scenicznej. Niezwykle ważna umiejętność w scenach zbiorowych, gdzie grupa aktorów poruszając się powinna niczym jeden organizm równomiernie pokrywać całą przestrzeń.  Zwykle jednak, niczym jeden mąż grupa przechodzi w ten sam punkt.

   Mowa ciała

   Każdy z nas wie o tym, że siedząc np. na spotkaniu nie powinno się wyciągać nóg do przodu, ostentacyjnie ziewać, czy spuszczać głowę, jak po nieprzespanym tygodniu. Z wiekiem uczymy się postaw, zachowań i gestów, które są pozytywnie odbierane przez społeczeństwo. Uśmiechamy się, siedzimy prosto, staramy się obserwować rozmówców, wyrażamy sztuczne zainteresowanie itp. itd.

   Osoba z problemami wzrokowymi często ma na to wywalone!
Wielokrotnie obserwowałem ludzi, którzy w przyciemnionych pomieszczeniach, sądząc że nikt ich nie widzi, zachowywali się w sposób odpychający. Nie kryli znudzenia, a wręcz potrafili poprawiać sobie makijaż, dłubać w nosie, czy dokonywać zabiegów kosmetycznych na swojej trądzikowej twarzy. Nie wspominając o tych, którzy kosztowali swoje wyroby łojowe.

   O tyle, o ile taki delikwent uczy się w szkole specjalnej, jest nieźle, bo wszyscy pływają w tym samym sosie świadomości, że on mnie nie widzi. Problem jednak może się pojawić w środowisku zewnętrznym. Taka osoba nie musi wychwycić swoich niepoprawnych reakcji nerwowych i finalnie może ulec ostracyzmowi społecznemu.

   Czeka na Wasze opinie w tym temacie.

   Do następnego!



niedziela, 20 listopada 2016

Czytanie bez barier!

Dość sporym wyzwaniem dla osób słabo widzących jest czytanie dużych ilości materiałów, potrzebnych do szkoły lub na uczelnię. Każdy usiłuje sobie radzić jak najlepiej, poprzez stosowanie powiększalników, bądź pomocy najbliższych osób, którzy służą za lektorów. Wrzucony w wir świata studenckiego, zacząłem poszukiwać lepszych metod przyswajania tekstów, nie wymagających przy tym szczególnej pomocy innych osób oraz używania resztek wzroku.


Moje odkrycia!

Audiobooki są znane każdemu, lecz nie zawsze można odnaleźć wersję czytaną każdej lektury- szczególnie naukowej. Ciekawym rozwiązaniem jest zastosowanie syntezatora mowy, który teraz jest dostępny w standardowym oprogramowaniu Windows 8, jako „Narrator”. W porównaniu do poprzednich wersji systemu operacyjnego, ta jest przystępna dla polskich użytkowników. Program ten nie czyta co prawda, jak profesjonalny lektor…. Nie oszukujmy się! Jest to monotonny głos kobiety, niepotrafiącej poprawnie czytać według interpunkcji, bo w przypadku Narratora, bardzo często syntezator robi przerywniki wraz z zakończeniem danego wersu. Jednak możliwość zmiany tempa odczytu, pozwala na zredukowanie czasu nauki. Są też specjalne odpłatne programy działające w ten sam sposób, lecz w o wiele bardziej poszerzonym wydaniu. Zmiana barwy głosy, bądź języka lektora, to tylko niektóre z opcji.
       
   Jak poradzić sobie z tekstem na zdjęciach?

   W przeciwieństwie do plików PDF, czy w wersji Word, syntezator mowy nie potrafi samodzielnie wykrywać tekstu znajdującego się na zdjęciach, a to przecież często na nich znajduje się treść prezentacji z wykładów, czy fotokopia artykułu nadesłanego przez wykładowcę. Na szczęście są programy wykrywające tekst znajdujące się na zdjęciu i potrafiące oddzielić go tak, aby użytkownik mógł np. przekopiować treść do pliku Word. Muszę przyznać, że sam od niedawna uczę się korzystania z takiego programu, ale na tą chwilę mogę Wam polecić Adobe Acrobat Pro DC. Działa on w wersji polskiej i jest całkowicie intuicyjny. Bezpłatnie możecie wypróbować go przez 7 dni.

   Z papieru na czytnik, a nawet do ucha!

   Ostatnie rozwiązanie, które Wam podaje, jest dla mnie najbardziej rewolucyjnym odkryciem! Okazuje się, że niektóre czytelnie naukowe oraz biblioteki oferują osobom z problemami wzroku możliwość przygotowania dla nich fragmentu danej lektury w wersji elektronicznej. Polega to na tym, że wypożyczacie książkę i zanosicie ją do konkretnej osoby z informacją, które rozdziały będą Wam potrzebne. Osoba ta skanuje odpowiednie strony, przerzuca treść do pliku edytowanego, bądź od razu formatuje ją do wersji audio przy pomocy syntezatora mowy. Finalnie otrzymujecie plik do samodzielnego odczytu, jak również mp3. Czy to nie cudowne?

   Zachęcam was bardzo gorąco do podzielenia się ze mną Waszymi doświadczeniami w temacie radzenia sobie z czytaniem dużej ilości tekstu.

   Do następnego!

        

środa, 9 listopada 2016

Szkoleni do życia, szkolącymi świat!

Człowiek niepełnosprawny wzrokowo chodząc do szkoły dla dzieci słabo widzących uczy się: w jaki sposób funkcjonować z własnymi dysfunkcjami, jak poradzić sobie w naturalnym środowisku, jakie sprzęty mogą mu pomóc w codziennym życiu i jak informować innych ludzi o swojej chorobie, w taki sposób, aby móc później bez problemu nawiązywać z nimi relacje, a także współpracę.  Uczy się, by nauczać innych.

Nieco patetycznie?

Jednak w ostatnim miesiącu zrozumiałem, jak niełatwym, a zarazem istotnym jest to zadanie. To trochę, jak szkolenie na coacha. Aby móc pomagać innym, trzeba najpierw samemu przejść przez serię treningów personalnych. Tu jednak występuje zasadnicza różnica. Krecik ucząc innych, pomaga samemu sobie. To od niego całkowicie zależy, jak świat będzie go postrzegał.

Nie raz pisałem o ciągłej potrzebie przełamywania tabu. Wynika ono z braku wiedzy. Nie jesteśmy w szkole uczeni języka migowego, tego jak pomagać niewidomym, wprowadzać ich do autobusu itp.

Efekty są np. takie:

Będąc w szóstej klasie szkoły podstawowej nie miałem jeszcze styczności z placówkami dla dzieci niepełnosprawnych. Chodziłem do zwyczajnej szkoły. Od roku wiedziałem o moich problemach ze wzrokiem i uczęszczałem na zajęcia ogólnorozwojowe dla słabszych uczniów. Pewnego razu pani prowadząca te zajęcia, powiedziała, że jeżeli nie przyniosę ze sobą okularów, to mi je narysuje na twarzy. Tekst został rzucony pół żartem, pół serio. Kobieta nie rozumiała, że mojej chorobie nie pomoże para szkieł ograniczająca, co najwyżej, pole widzenia.

Powyższa sytuacja jest jedną z wielu, kiedy to nauczyciele, czyli osoby przygotowane pedagogiczne do pracy z dziećmi, wykazują brak zrozumienia. Uważam, że jest to m.in. przyczyną zaburzeń społecznych u osób niepełnosprawnych. Są one odrzucane przez swoją inność, nie mając szans na jakiekolwiek wsparcie ze strony dorosłych. To właśnie dla takich ludzi są stworzone tzw. ośrodki specjalne, czyli szkoły wyspecjalizowane w pracy z różnymi dysfunkcjami. Mogłoby się zdawać, że doskonalszym rozwiązaniem od takich szkół byłoby lepsze przystosowanie placówek masowych, lecz w praktyce wymagałoby to ogromnych nakładów finansowych ze strony państwa - dokształcenie kadry nauczycielskiej, zakup sprzętów specjalistycznych, zmiany infrastrukturalne. To zbyt duże wyzwanie dla Polski w erze nieustannych nowych reform nauczania.

Zejdźmy na ziemię! Sytuacja do ogarnięcia!

Po sześciu latach spędzonych w ośrodku dla dzieci słabo widzących, potrafię powiedzieć drugiemu człowiekowi, że nie widzę, z czego to wynika i sorry, ale nie będę nosił zerówek dla poprawienia jego nastroju.

Sprawdzian tych umiejętności miałem niedawno w czasie jednego z wkładów. Prowadząca, uznana za jedną z mniej przyjemnych osób, zapytała się mnie dlaczego korzystam z monookulara, a raczej co robię, bo nie miała pojęcia czego używam. Szybko wyjaśniłem co i jak, i mogliśmy kontynuować zajęcia. Niby nic, ale pomyślałem sobie wtedy, że parę lat wcześniej taka sytuacja wywołałaby u mnie większy stres, niż puszczenie bąka w kościele.

Pomagać, wyręczać, szkodzić!

Nie mogę powiedzieć, że ludzie nie są pomocni. Szczególnie młodsze pokolenia, widząc białą laskę, czy po prostu osobę słabszą, wykazują się sporą empatią. To cudowne, że w przeciągu ostatnich lat, w skutek licznych projektów społeczno- edukacyjnych, czy napływu filmów o inwalidach, zaczynamy otwierać oczy na to, co nieoczywiste. Jednak wciąż pozostaje kwestia tego, jak pomagamy. Często instynktownie, z przekonaniem, że robimy to dobrze.     
Ludzie na uczelni poznając mnie coraz bliżej i czytając w międzyczasie mojego bloga, zaczynają rozumieć moje problemy i są osoby, które naprawdę starają mi się pomóc. Czasem wręcz boję się, aby nie zaszkodzili tym samym sobie. Myślę tu o sytuacjach, kiedy w czasie zajęć zapisuję notatki na laptopie, a inni dostrzegają literówki i rzucają mi hasło, abym je poprawił. W mniejszych salach takie podpowiedzi są całkiem słyszalne przez prowadzącego, a jak każdy wie, ani nauczyciele, ani profesorowie nie lubią, kiedy przeszkadza im się na wykładach. Nie spotkałem się jeszcze z jakąkolwiek uwagą skierowaną do mnie, ale zawsze jest to napięcie, że może nadejść pierwszy raz.
Regularnie obserwuję życie studenckie moich znajomych ze środowiska blind i wiem, ze czasem ludzie mają silną potrzebę zrobić coś za nich. Widząc, że krecik szura nosem po ekranie, wolą mu ulżyć i przejąć stery nad klawiaturą. Nie wiedzą, że to właśnie wtedy dany osobnik wszystko widzi i doskonale sobie razi. Właśnie dlatego szalenie ważnym jest, abyśmy my, ślepaczki, tłumaczyli innym naszą instrukcję obsługi. Wymaga to wprawy i czasem nie lada dyplomacji, bo są i tacy co pomyślą, że jesteśmy niewdzięcznikami, krytykującymi ich jeszcze za dobre serce.

To by było na tyle w temacie! Dziękuję Wam, że poświęciliście swój czas temu wpisowi i będę wdzięczny za wszelkie komentarze z Waszej strony. To one inspirują mnie do dalszej pracy oraz uczą, jak prowadzić tego bloga lepiej. Nowych czytelników zachęcam do przejrzenia poprzednich wpisów w celu dowiedzenia się: czym jest szkoła specjalna, kiedy rodzic może zrobić z dziecka kalekę, czym jest moja choroba i od czego się to wszystko zaczęło ;)


Do następnego! 

poniedziałek, 17 października 2016

STUDIA- masochistyczna pogoń za marzeniami wciąż trwa! 1:0 dla Stargardta!

NINIEJSZY WPIS NIE MA NA CELU BEZSENSOWNEGO NARZEKANIA NA ŻYCIE, BO TO NIGDY NIE PRZYNOSI ZMIAN NA LEPSZE

   Nie da się ukryć, że w ostatnim czasie nieco zaniedbałem prowadzenie bloga. Informowałem Was o moich wrześniowych wyjazdach, a potem zaczęły się studia… No właśnie!

   Pora wziąć temat studiów na tapetę!

   Wczoraj rozpoczął się trzeci tydzień roku akademickiego. Jestem na filologii włoskiej, co mnie bardzo cieszy, ponieważ kierunek ten był moim planem B- zaraz po szkole filmowej. Nie przypuszczałem jednak, że będzie to dla mnie ISTNA JAZDA BEZ TRZYMANKI!

   Wiele słyszałem o kierunkach lingwistycznych, ale żadna z tych pesymistycznych historii mnie nie zniechęciła. W końcu to WŁOCHY! Ta kultura… raj dla kogoś, kto zapiera się wszystkimi kończynami, by studiować coś humanistycznego! Nie dość, ze finalnie mogę zrobić sobie np. specjalizację z Zarządzania Kulturą, to po trzech latach będę znał kolejny język! I to nie byle jaki, a WŁOSKI!  Tak więc HELLO! A raczej CIAO!

   Teraz widzę, że w przeciwieństwie do wielu moich znajomych, którzy są na kierunkach społecznych, czy pedagogicznych, muszę naprawdę mocno zasuwać każdego dnia. Nie jest to złe, bo w końcu gdyby było tak łatwo, to mogłoby być zbyt nudno. Jednak tym razem nie zamierzam opisywać życia w pięknych kolorach, bo po wczorajszym dniu doszedłem do wniosku, że powinienem być szczery z moimi Czytelnikami i napisać także o chwilach trudniejszych, a takie właśnie przeżywam…

   Krecik na UKSWordzie!

   Ruszyłem na uczelnię z myślą, że jestem gotów na wszystko. Posiadam przenośny powiększalnik, którego używam do czytania najdrobniejszych tekstów, monookular, służący do oglądania mniejszych elementów z większej odległości (przydatne w teatrze) oraz podręczną lupę i dyktafon, którym za zgodą uczelni nagrywam wykłady. Nie mam oporów by mówić o mojej chorobie, kiedy jest taka konieczność, więc zdawałoby się, ze jestem przygotowany na dziką wyprawę po Licencjat.

   Intensywność zdobywanej wiedzy i metody przekazywania jej zaczęły mnie niestety przerastać. Wynika to głównie z przystosowania do nowej sytuacji. Każdy z moich uczelnianych kolegów musi ogarnąć system nauczania przez profesorów, wykładających  np. język włoski w trzech modułach, gdzie każdy porusza nieco inne zagadnienia i z początku trudno zebrać je wszystkie do kupy. Zajęcia wymagają obserwowania materiałów pokazywanych na rzutniku, korzystania z tego co mamy na kartach pracy oaz z własnych notatek. Nic ponad przeciętną!

   Zabawa się jednak zaczyna, kiedy musicie przełączać się z trybu monookular, na powiększalnik tak szybko, by nadążyć za grupą, która i tak nie zasuwa w piorunującym tempie. 
  
    To, co mnie osobiście zdołowało, to moment, w którym wykładowca prosi mnie abym  podał odpowiedź do danego zdania, lub żebym ułożył z koleżanką dialog składający się z nowopoznanych słówek, bo co w tym momencie następuje…

   Pięciosekundowe oczekiwanie na uruchomienie się sprzętu. W teorii można by rzec- spoko, to oni powinni przyzwyczaić się do tego, że pracujesz w nieco wolniejszym tempie.

Dla mnie jednak po którymś razie staje się to niezwykle żenujące i czuję się jak niedorajda.

   Wyróżniam to zdanie, bo chcę podkreślić, ze nie żyję w przekonaniu, że tak jest, tylko mówię o odczuciu które w takiej sytuacji mi towarzyszy. Świadomość zależności od elektroniki, która w każdym momencie może się rozładować, a nie zawsze w pobliżu jest źródło prądu, przyprawia o wk*rwienie.

   Wracając dzisiaj z uczelni czułem się, jakby mnie ktoś wielokrotnie przemielił. Pomyślałem, że to jest ten kolejny etap w życiu, kiedy muszę się nauczyć nowych metod radzenia sobie z własną dysfunkcją i za jakiś czas będę przez to silniejszy i podzielę się z Wami kolejną dawką życiowej wiedzy pt. „Jak sobie radzić, będąc krecikiem?”. Już teraz rozpracowuje mojego laptopa, aby móc pisać na nim bezwzrokowo w czasie wykładów i testuję program Narrator, który jest zawarty w systemie operacyjnym Windows 8. Z pewnością sobie poradzą, ale poczułem, że ważne jest, abyście mogli przeczytać również o tego typu doświadczeniach.

   Wiem, że moi znajomi ze środowiska „blind” stawiają czoła podobnym wyzwaniom, bo też zaczęli edukację w nowych środowiskach. Rozmawiając z nimi, cieszę się, że chociaż ja nie mam problemu z nawiązywaniem znajomości.

    O wyzwaniach związanych ze studiowaniem będę pisał przez najbliższe tygodnie. Skupię się na wielu aspektach, które z pozoru wydają się być błahe, ale czasem stają się dla słabowidzących życiowymi demonami…

Czekam na Wasze opinie w tym temacie ;)

Do następnego!




wtorek, 11 października 2016

Krecik na czerwonym dywanie!

   Już ponad dwa tygodnie temu zakończył się 41. Festiwal Filmowy w Gdyni!

   Czemu o tym piszę?

   Bo byłem na nim, jako wolontariusz!

   Od chwili gdy zostałem przydzielony do grupy nazwanej „Goście krajowi” sądziłem, że moim zadaniem będzie opieka nad jakimś sławnym reżyserem. Wożenie go po obiektach festiwalowych, rezerwowanie miejsc na seanse, zabawianie… a okazało się, ze będę stał na bramce w Multikinie i sprawdzał wejściówki na projekcje, czyli wymarzone fucha dla słabo widzącego ;)

   Wyzwanie to wydawało się dla mnie czymś absurdalnym, bo nasi goście posługiwali się karnetami na których nie potrafiłem dostrzec oznaczenia VIP, a miałem również za zadanie identyfikować właścicieli wejściówek na podstawie zdjęcia twarzy, które się pojawiało na ekranie komputera. Zdjęcia najczęściej okazywały się profilowymi z Facebooka. Na szczęście w praktyce było o wiele lepiej, bo spotkałem na swojej drodze multum innych wolontariuszy, którzy mniej lub bardziej rozumieli mój problem ze wzrokiem i pomagali mi w sytuacjach kryzysowych.

   Rozpoznawanie gwiazd!

   Możecie się domyśleć, że w tej kwestii miałem nie lada ubaw, a moi znajomi jeszcze większą bekę! W czasie festiwalu przewinęło się mnóstwo osobistości ze świata polskiego show biznesu, których identyfikatory miałem przyjemność "odpikać". Zwykle takie gwiazdy rozpoznawałem po lepszym ubiorze, bądź nienaturalnym zachowaniu moich kolegów. Skryty orgazm na twarzy lub wrażenie, że ktoś ujrzał wcielenie boskie, dawało mi sygnał, że właśnie przede mną stoi ktoś ważny.

   Uraziłem Magdalenę Cielecką!

   Niestety, ale nie zawsze potrafię odczytać kontekst sytuacji z twarzy moich znajomych i tak też było w czasie seansu filmu „Szczęście świata”. Przed rozpoczęciem filmu zapytałem moich koleżanek „kim jest ta Cielecka?”, na co jedna z nich odpowiedziała; „Magdalena Cielecka zagrała w „Zjednoczonych stanach miłości””. Nie oglądając wcześniej tego filmu, wciąż nie kojarzyłem tej osoby, a więc pytałem dalej. W końcu jedna z dziewczyn poinformowała mnie, iż ta Pani zagrała również w serialu „Hotel 52”, na co ja odrzekłem coś w stylu „E tam! Nie jest chyba aż tak powalająca, skoro jej nie kojarzę!”. Dodatkowo w czasie seansu prosiłem dziewczyny, aby mi czytały napisy w scenach obcojęzycznych. Zauważyłem, ze były one dziwnie spięte. W pewnym momencie kobieta siedząca za mną, wyszła z sali kinowej. Okazało się, że to była Magdalena Cielecka!

   Krecik na salonach!

   Udało mi się również wbić na bankiet otwierający festiwal, podając się za osobistego tłumacza dziennikarki z Niemiec, którą była moja koleżanka (z pochodzenia Niemka). Nieco absurdalnym było , iż rozmawialiśmy tylko po angielsku, który, jak sądzę, znała większość gości przybywającyvh na bankiecie. Nie byliśmy jednymi wolontariuszami, którzy wkręcili się na ten event, ale i  tak czuliśmy się wyróżnieni. Nie chodziło tu o darmowe żarcie i drinki, lecz o możliwość obcowania z ludźmi sukcesu, porozmawiania z nimi i poobserwowania jak się zachowują poza kamerami.Po tym festiwalu mam o wiele głębszą świadomość tego, jak zwykli są to luzie.

   Prawdziwe emocje

   Któregoś dnia dyżurowałem w kinie przy sali, w której miał miejsce pokaz filmu „Wrzeciono czasu” zmarłego reżysera Andrzeja Kondraciuka. Przybyły na niego Katarzyna Figura oraz żona twórcy Iga Cembrzyńska. To był dla mnie wyjątkowy seans, bo Pani Figura jest jedną z niewielu aktorek, które robią na mnie jakiekolwiek wrażenie. Mogłem też oglądać ten film, bo w trakcie jego trwania miałem doprowadzić spóźnioną Katarzynę Figurę na swoje vipowskie krzesło. W trakcie seansu wielu ludzi wyszło i na spotkaniu z aktorkami były zaledwie cztery osoby, w tym znajomi zmarłego reżysera. Zrobiło się bardzo sentymentalnie i niezwykle prywatnie. Aktorki pod wpływem sinych emocji wspominały reżysera i cieszyły się jednocześnie, że po tylu latach mogły się nareszcie spotkać. To było dla mnie coś niepowtarzalnego. Uczestniczyć w tak intymnym zdarzeniu, jakim stał się specjalny pokaz filmu.
  
    Pomagałem także w przeprowadzeniu gali rozdania nagród. Razem z chłopakami wprowadzałem i wyprowadzałem na scenę podesty z instrumentami dla muzyków. Widziałem każdego wręczającego nagrody z bliska, jak również nieżyjącego już Pana Andrzeja Wajdę. Dopiero teraz czuję wyjątkowość możliwości uczestniczenia w tej gali... 

   Obejrzałem wiele produkcji, ale nie chcę się rozpisywać na temat żadnej z nich, bo czuję, ze nie jestem do tego wystarczająco kompetentny. Mogę Was jedynie zapewnić, że na polskim rynku filmowym zamieszanie zrobią takie tytuły jak „Jestem mordercą”, „Zaćma”, „Królewicz Olch” czy najbardziej kontrowersyjny „Plac zabaw”.

   Gorąco polecam każdemu maniakowi kina wolontariat na takich wydarzeniach, bo można przeżyć naprawdę fajną przygodę, nauczyć się wielu ciekawych rzeczy, rozwinąć swoją wiedzę na temat filmu, przełamać pewne tabu i stereotypowe myślenie. Warto, nawet jeśli nie zobaczycie twarzy Pani Cieleckiej ;)

   Czekam na Wasze pytania i korzystając z okazji, dziękuję za ostatnią gorącą dyskusję pod wpisem dotyczącym aborcji. Tworząc go, nie miałem świadomości nadchodzącego Czernego Protestu. Wasz odzew na niego poszerzył horyzonty mojego myślenia na wielu płaszczyznach… Poczułem to, czego mogę życzyć każdemu blogerowi, czy dziennikarzowi- uczucie sensu tworzenia tych treści i siłę oddziaływania nimi na świat J

   Do następnego wpisu!






  

wtorek, 13 września 2016

Aborcja- sposób na inwalidów

   

  
   W ostatnim czasie po raz kolejny zagłębiłem się w temat aborcji, a raczej argumentów  stosowanych przez lekarzy do przekonywania społeczeństwa, że jest to coś dobrego. Idąc tym tropem, doszedłem do przerażającego wniosku, iż nie wiele brakowało aby większość moich szkolnych znajomych nigdy się nie narodziło.

   O co chodzi z tą aborcją?

   Interesuję się tym tematem od ponad dwóch lat, kiedy poznałem historię Gianny Jessen, która przeżyła własną aborcję. Na podstawie jej historii powstał film pt. „October baby”. W mojej szkole skutecznie przekonywano uczniów do tego, iż zabieg ten jest najzwyklejszym morderstwem nienarodzonego człowieka. Wiem już, ze w Ameryce są takie osoby jak Mery Wagner, które usiłują nakłaniać młode matki czekające w klinikach aborcyjnych na zabieg do zmiany decyzji. Poprzez rozmowę i wsparcie. Takie osoby są regularnie zatrzymywane przez policję i więzione miesiącami, jak nie latami. Wszystko wynika oczywiście z faktu, iż są zagrożeniem dla wielkiego biznesu jakim jest holokaust nienarodzonych dzieci. Tym bardziej wstrząsające jest to dla mnie, że już od dawna głośno się mówi o uniwersalnych prawach człowieka, w tym prawie do życia, które każdy z nas otrzymuje od początku swojego istnienia.

   Niepełnosprawni, jako wrzód na tyłku rozwijającej się cywilizacji!

   Tak można najprościej określić myśl, jaką nieraz próbują nam wcisnąć zabójcy w białych fartuchach. Współczesne metody badań potrafią jeszcze na etapie ciąży wykryć u dziecka niezgodność genetyczną z której wynikają takie choroby, jak np. popularny zespół Downa.

Jest to oszczędzenie cierpień dziecka, bądź jego rodziców… Wyeliminowanie słabszych jednostek, które są jedynie obciążeniem podatników.

   Uważam, że wizja ta nie odbiega specjalnie od ideologii Hitlera, ale chciałbym skupić się na tym temacie bardziej z autopsji.

   Już jako dziecko zetknąłem się z zespołem Downa, ponieważ córka znajomych mojej mamy cierpiała na tą chorobę. Także nauczycielka z mojej szkoły ma synka o tego typu niepełnosprawności. Z rozmów z tymi dwiema rodzinami oraz z własnych obserwacji dostrzegłem jak wiele te dzieci wniosły do swojego otoczenia. To co jest charakterystyczne dla tej choroby, to bezwarunkowa miłość, czułość, szczerość w okazywaniu emocji i radość z najprostszych rzeczy. To, czego nam w codzienności brakuje. Te osoby przypominają innym, że życie jest piękne, że można i warto się nim cieszyć w każdej chwili. Mam poczucie, że w czasach wyścigu szczurów i przeładowania bodźcami „szczęścia”, podtrzymują człowieczeństwo wśród nas.

   Sama Gianna Jessen powiedziała, że „są rzeczy, których możemy jedynie się nauczyć od najsłabszych”.

   Niedawno wróciłem z tygodniowego projektu teatralnego organizowanego w ramach Erasmusa. Dotyczył on uniwersalnych praw człowieka. Nie mogę powiedzieć, abyśmy naszymi występami poruszali prawdziwe problemu życia społecznego. Myślę, że wynikało to z poprawności politycznej i różnic kulturowych. Jednak to co uważam, że było najbardziej wartościowe w tym projekcie, to uczestnictwo zarówno osób zdrowych, jak i niepełnosprawnych w różnym stopniu. Miałem możliwość zobaczenia tańca ludowego w wykonaniu pary Rumunów, którzy są chorzy neurologicznie. Byłem pod ogromnym wrażeniem poziomu jaki reprezentowali. To nie był pokaz biednych, chorych dzieci, które nauczyły się jako tako ruszać, tylko taniec na odpowiednim poziomie. Nie jednemu nie chciałoby się wykonać takiej pracy, ale im tak. W tym momencie zacząłem się zastanawiać od którego momentu możemy kogoś nazwać niepełnosprawnym.

   Nasze społeczeństwo jest coraz bardziej dysfunkcyjne. Poziom nauki chociażby w polskich szkołach spada, bo kolejne pokolenia głupieją. Jest to efekt rozwoju cywilizacji.
Chodząc do mojej szkoły, przekonałem się, że często osoby z chorobami oczu cierpią również na inne schorzenia, bo są słabsze genetycznie. Wiele z nich mogłoby być zakwalifikowanych do aborcji. Może trudno to udowodnić, ale wiem, że wtedy świat wiele by stracił.

   Mam nadzieję, ze tym nieco mocniejszym wpisem wywołam pozytywne refleksje u niektórych, którzy przechodząc np. przez Patelnię w Warszawie i widząc grupę kobiet krzyczących „Walczmy o swoje prawa! Mamy prawo do aborcji!”, nie podpiszą wyroku skazującego niewinnych i bezbronnych na śmierć.

   Czekam na Wasze opinie.


   Do następnego!  

niedziela, 11 września 2016

Spięte pośladki, luźne ramionka i osiągamy cel!

   Witam Was w Nowym Roku Szkolnym!

   Nie brzmi entuzjastycznie?

   Z pewnością nie dla każdego 1 września oznacza coś miłego, ale nie skupiajmy się na nadchodzących sprawdzianach z matematyki i codziennym wstawaniu o szóstej aby zdążyć na ósmą do szkoły.

   Nowy Rok Szkolny to przede wszystkim powrót do znajomych i mnóstwo postanowień dotyczących zmian w życiu np. nauczę się grać na gitarze, spalę zbędny tłuszcz, albo wrobię sobie sześciopak, zdobędę świadectwo z czerwonym paskiem lub zostanę mistrzem w krojeniu cebuli na czas…. Tak też może być ;)

   Chcieć chcieć!

   Pewnie wielu z Was złapało się nieraz na tym, że po mniej więcej miesiącu plany związane z udoskonaleniem swojego „JA” umierają śmiercią naturalną. Okazuje się, że zbyt wiele chcemy osiągnąć i nie wiemy za co się najpierw złapać, lub po prostu tracimy motywację by osiągnąć dany cel.

   I co z tym fantem zrobić?

   Na szczęście są ludzie, którzy poświęcili wiele lat pracy nad udoskonalaniem swojego charakteru tak, aby osiągać zamierzone cele i cieszyć się późniejszymi sukcesami i jeszcze byli na tyle sprytni, żeby tą wiedzę spisać i wydać w formie książki, trzepiąc na tym jeszcze większy hajs. Takimi osobami są min. Brian Tracy i Sebastian Kotow, którzy wspólnie stworzyli książkę pt. „Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę”. Tytuł z początku może nie brzmieć przekonująco- zbyt idealistycznie - ale po lekturze tej książki przekonałem się, że jest skarbnicą praktycznych wskazówek „jak żyć?”.




    Kilka mądrych myśli, którymi chciałbym się z Wami podzielić…

   - Przede wszystkim ważną kwestią jest, abyśmy wybierali skonkretyzowane realne cele do osiągnięcia w konkretnym czasie. Częstym błędem jest nie określanie np. ile chcę zrzucić kilogramów nadwagi, jak również nie ustalenie do kiedy mam to zrobić..

   - Powinniśmy wiedzieć, po co chcemy osiągnąć dany cel, aby podtrzymywać motywację do jego osiągnięcia. Bardzo przydatną ku temu jest metoda SMART, o której możecie więcej poczytać pod tym linkiem.

   - Nie raz aby zrealizować dane postanowienie, musimy wykonać wiele działań np. przyswoić dużo wiedzy, by móc zdać maturę. Warto rozplanować w jakim czasie nauczymy się określonej partii materiału, aby nie robić tego na ostatnia chwilę, chaotycznie i ze słabszym efektem końcowym.

   - To, co mi dotychczas najbardziej pomogło, to planowanie dnia. Nie chodzi tu oto, żebyśmy żyli sztywno w jakiś ramach czasowych, jak pedantyczny księgowy, bo człowiek spontaniczny, to człowiek zaradny. Jednak warto mieć zapisane na kartce co chcę zrealizować w przeciągu najbliższych kilkunastu godzin, aby później  nie stresować się tym, że czegoś zapomnieliśmy, albo co powinniśmy zrealizować jako pierwsze. Odciągamy od siebie niepotrzebną dawkę stresu i wzmacniamy swoje dobre samopoczucie za każdym razem, kiedy widzimy ile rzeczy udało nam się dotychczas zrealizować.

   Jak to się ma do tematyki słabo widzących?

   Po sześciu latach edukowania się w szkole dla osób słabo widzących, wiem, że problemy ze wzrokiem wcale nie motywują do działania. Każda próba nauczenia się czegoś, wejścia w nowe środowisko, pracy nad sobą, bardzo często wymaga o wiele większego wysiłku – nie tylko fizycznego. Osoby słabo widzące aby móc coś osiągnąć w życiu, muszą być zdyscyplinowane, bo np. krecik nie zaprezentuje Ci płynnie prezentacji PowerPoint bez wcześniejszego przygotowania, czytając jedynie z kartki, bo będzie to wyglądało komicznie i całkowicie nieprofesjonalnie. Osoba z dysfunkcjami wzroku powinna przed każdą podróżą sprawdzić dojście do każdego nowego przystanku i sprawdzić rozkład jazdy każdej formy komunikacji, aby później nie wylądować na totalnym zadupiu. Oczywiście, ktoś mógłby w tym momencie zaprzeczyć, ze można się spytać jakiegoś przechodnia lub skorzystać z aplikacji podróżniczych. Sam niedawno przekonałem się, że to wcale nie musi działać, bo przykładowo prywatne firmy przewozowe dojeżdżające do mało popularnych zakątków Polski podają w Internecie zupełnie inny rozkład jazdy, niż znajduje się na samym przystanku.

   Nie da się ukryć, ze świat wymaga o wiele więcej od osób niepełnosprawnych, które nie chcą się opierać całe życie na zasiłku i rencie, ale często ich praca jest im wynagrodzona. Osoby, które nie mają przykładowo problemów ze wzrokiem, mogą sobie pozwolić na mniejszą dyscyplinę i bardzo długo wychodzą na tym dobrze, lecz zdarzają się momenty, że taki krecik wybija się z tłumu swoim wcześniejszym przygotowaniem na każdą okoliczność ;)

   Chętnie dowiem się co Wy sądzicie na ten temat? Czekam na Wasze komentarze i wiadomości.


   Do następnego! ;) 

czwartek, 4 sierpnia 2016

Czego oczy nie widzą... na to wyjebongo!

  

 "Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal"

   Przysłowie stare jak świat i prawdziwe do bólu.  Jednak w kwestii osób słabo widzących, ta myśl nabiera jeszcze większej, całkiem pozytywnej wartości…

   Ach! Bo mnie zobaczą!

   Każdy człowiek ubierając się, stylizując, gestykulując, rozmawiając z innymi, żyje w poczuciu, że ktoś go obserwuje. Nasze zachowania są dostosowane do norm społecznych i jak stwierdził sam Freud, człowiek posiada w drugim człowieku swojego osobistego krytyka, recenzenta. Poprzez to jak inni nas postrzegają, kreujemy własną opinię na temat siebie samych i staramy się ukształtować naszą osobę tak, aby była akceptowana przez innych. Dlatego też, zazwyczaj jesteśmy bardzo uwrażliwieni na spojrzenia obcych ludzi w autobusie, bo mogę one oznaczać podziw, ale również mentalne wyśmianie  i bardzo często nie da się tego jednoznacznie określić.

   W tym momencie przed moczami pojawia mi się typowa scena z filmu o zakompleksionej nastolatce, która idzie przez szkolną stołówkę ze swoim jedzeniem, a najładniejsze laski w szkole jeżdżą po niej wzrokiem, niczym kombajnem po polu kapusty.

   Będąc krecikiem tego nie widzisz!

   Oczywiście dla niektórych jest to całkiem poważny problem, bo wydaje im się, ze każdy na nich spogląda, ale dosyć łatwo jest się do tego zdystansować...  inaczej dany delikwent może nabawić się poważnych zaburzeń psychicznych.

   To tak, jakby ktoś Wam odjął z życia część toksyn, zatruwających bezsensownie Wasze dobre samopoczucie.   

   W przypadku osób niewidomych od urodzenia, ta kwestia jest rzeczywistym problemem, bo całkowity brak świadomości tego, że ktoś widzi jak dłubiemy w nosie i niekoniecznie wzbudzamy u niego tym zachowaniem apetyt, może być odpychający. Na szczęście ośrodki dla takich osób, uczą od najmłodszych lat prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie.

   A co z miłością od pierwszego wejrzenia?

   To dopiero jazda bez trzymanki! Bo co zrobić, kiedy podróżujecie np. pociągiem i czujecie, ze dziewczyna z naprzeciwka patrzy się na Was w ten znaczący sposób i czujecie, że i ona Wam się podoba. Z moim zaburzonym centralnym widzeniem, to spalona okazja na subtelny flirt bez słów. Z drugiej strony, poco zwlekać?! Od razu lepiej zacząć rozmowę, ale nie oszukujmy się… kto normalny by tak postępował za każdym razem, kiedy ktoś mu się spodoba? Ludzie są stworzeni do tego, by prowadzić niezobowiązujące gry wzrokowo- flirciarskie w drodze do pracy, na uczelnię, czy na obiad z dziadkami.

   Osobie słabo widzącej nie można też subtelnie dać do zrozumienia, by coś zrobiła, lub czegoś nie zrobiła mrugnięciem oka, czy skinięciem palca. Nie raz moi „pełnosprawni” znajomi przejechali się na tym, kiedy próbowali coś mi przekazać gestami, a ja spoglądałem się w nich, rozkminiając o co im chodzi?

   Wolni od bodźców! Wolni od reklam!

   I na samym końcu to, co wydaje mi się największym plusem w niedostrzeganiu wszystkiego. Na co dzień przebijając się przez zatłoczone miasto, typu Warszawa, jesteśmy atakowani przez multum reklam i komunikatów na ulicach, w metrze, autobusie, czy w tramwaju. Niektóre z nich są pożyteczne, ale większość jedynie zaśmieca naszą pamięć, odciąga uwagę od spraw ważniejszych i robi sito z mózgu, w przypadku treści propagandowych.

   Rozmawiając niedawno z pewną nauczycielką z mojej byłej szkoły, uświadomiłem sobie, ze osoby niewidome są w pewien sposób zdrowsze, bo nie są w takim stopniu jak pozostali napastowane np. treściami pornograficznymi, których niemało chociażby na bilbordach. Oczywiście niektórzy z tego powodu społecznie dojrzewają wolniej od pozostałych, ale patrząc na to bardziej z boku, można się zastanowić, czy to młodzi niewidomi są zacofani, czy społeczeństwo zbyt szybko dojrzewa, niż jeszcze dekadę temu… Wydaje mi się, ze są to po prostu dwie skrajności.

   Kończąc ten wpis czuję, że zaprzeczyłem swoim intencjom, bo praktycznie przedstawiłem więcej minusów związanych z byciem osobą niedostrzegającą wszystkiego, niż plusów,  ale wciąż sądzę, że te pozytywy o których wspomniałem, są naprawdę warte uwagi, bo trudno mówić, że utracenie jakiegokolwiek zmysłu może mieć swoje mocne strony, ale jest ich kilka i to one sprawiają, że czujemy, iż osoby niepełnosprawne są nieco bardziej uwrażliwione.


   Czekam na Wasze opinie w tym temacie i do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie, bo aktualnie szykuję się na pewien wyjazd i w trakcie jego trwania nie będę mógł zbyt wiele napisać ;)